Prince of Persia / 03.12.2014 - 07.12.2014

Dopiero co wrocilem ze Szwajcarii, nie zdazylem sie na dobre rozpakowac po weekendowym wypadzie a juz pakuje walizke w kolejna podroz. Kierunek mojej wycieczki jest uwazany za mocno egzotyczny a przez niektorych nawet za ekstremalnie niebezpieczny, ale raz sie zyje. Do odwiedzenia Teheranu zainspirowal mnie film „Operacja Argo” opowiadajacy o uwolnieniu pracownikow ambasady amerykanskiej. Media kreuja wizerunek Iranu jako kraju ekstremistow islamskich czy terrorystow, ale na licznych blogach podrozniczych kraj ten jawi sie jako bardzo goscinny i przyjazdny podroznikom. Postanowilem skonfrontowac te dwie skrajne opinie na sobie i wiosna tego roku w promocji tanich tureckich linii Pegasus zakupilem bilety na trasie Wieden-Stambul-Teheran & Teheran-Stambul-Kopenhaga. Do Wiednia zdecydowalem sie dotrzec nocnym pociagiem TLK Chopin, z Kopenhagi dzieki niskim atrakcyjnym cenom biletow letniczych wybralem bezposrednie polaczenie linia SAS do Warszawy.
We wtorkowy wieczor pojawia sie na moim ulubionym Dworcu Centralnym i zajmuje miejsce w wagonie, oprocz mnie w przedziale siedza jedynie 2 osoby, ale pan spod okna wysiada na stacji w Zebrzydowicach i cale 3 siedzenia sa dla mnie, wiec w nocy moge sie wyciagnac i jako tako przespac. Tak sie zlozylo, ze w tym terminie w Czechach panowaly zle warunki meteorologiczne, w duzej czesci kraju gololedz przyczynila sie do licznych utrudnien w ruch drogowym i kolejowym, wobec czego pociag zlapal prawie 4 godziny opoznienia. Cale szczescie, ze wylot z Wiednia mialem o 14:25, bo inaczej moglbym miec problemy, by na czas dotrzec na lotnisko. Kilka minut przed godzina 10 rano docieram na Westbahnhof, po drodze mijalem swiezo oddany do uzytku Hauptbahnhof, na ktorym od 14 grudnia beda zatrzymywac sie takze pociagi z Polski. Na dworcu Westbahnhof bylem ostatnio prawie 4 lata temu, kiedy to wracalem ze Stambulu i na dzien zrobilem sobie przystanek w Wiedniu. Ale ten czas leci...
Na sniadanko wchodze tradycyjnie do McDonald’s, w Austrii w menu sniadaniowym mozna znalezc McTost Deluxe z serem i salata, donuty z muesli czy kakao. Po posilku i nabraniu sil witalnych podjezdzam metrem do stacji Wien Landstrasse, ktora pelni nieoficjalna role podmiejskiego dworca. Stamtad kolejka S-Bahn podjezdzam na wiedenskie lotnisko Schwechat, do odprawy jeszcze mam troche czasu, wiec odwiedzam supermarket Billa, gdzie zaopatruje sie w kilka smacznych artykulow. Stanowiska check-in linii Pegasus znajduja sie w terminalu 1A, w ktorym zlokalizowane sa tez inne linie niskobudzetowe (easyJet czy Transavia i Vueling), trzeba minac Terminal 1, wyjsc z budynku i przejsc do malego okraglego budynku w remoncie. Kolejka jeszcze nie jest jeszcze zbyt dluga, mila pani o azjatyckich rysach twarzy drukuje dla mnie dwie karty pokladowe na rejs VIE-SAW i SAW-IKA oraz nakleja tag bagazowy, ale niestety jest on bardzo niedoskonaly, ma brzydka czcionke i brakuje mu zielonego paska po bokach. No nic, przynajmniej karty sa kolorowe i na twardym papierze. Po odebraniu boarding passow trzeba wyjsc z okraglaka i wrocic do glownego budynku lotniska, tam najpierw kontrola dokumentow i mozna rozpoczac wedrowke po sklepach duty free, ale jestem zbyt zmeczony, by ogladac po raz kolejny te same sklepy z perfumami i slodyczami w kosmicznych cenach. Poniewaz jestem w Austrii, to z kazdego roku patrza na mnie slodkie Mozartkugeln. Obok mojej bramki odprawiany jest nieco opozniony lot Emirates do Dubaju. Za oknem unosi sie coraz gestsza mgla i mam obawy, czy wystartujemy o czasie, ale niebawem rozpoczyna sie boarding i zajmuje moje miejsce 14A na pokladzie Boeinga 737-800. Zaloga jest nieco egzotyczna, bo moze poszczycic sie oryginalna turecka uroda, a wsrod pasazerow takze dominuja przedstawiciele tej nacji. Przed startem na zawieszonych pod sufitem ekranow video prezentowana jest instrukcja bezpieczenstwa. Start przebiega bardzo gladko, po chwili za oknem ciesze sie widokiem slonca, a zaloga rozpoczyna platny serwis. Jako wierny czytelink magazynow pokladowych siegam po gazetke znajdujaca sie w schowku, wydanie Pegasusa prezentuje sie calkiem przyzwoicie. Podczas calego lotu na wyswietlaczach mozna sledzic jego trase oraz parametry, bardzo podoba mi sie ten system i moge tylko zalowac, ze takie udogodnienia nie sa dostepne we wszystkich samolotach. Po niecalych dwoch godzinach znizamy sie do ladowania, przyziemienie jest tym razem wyjatkowo twarde, moze to dlatego, ze siedzialem w srodku samolotu nieopodal podwozia. Autobusem podjezdzamy pod terminal, wiekszosc pasazerow przechodzi do strefy tranzytowej. Pracownicy lotniska po okazaniu im karty pokladowej na kolejny lot przybijaja na niej pieczatke z napisem TRANSFER a nastepnie ma miejsce kontrola bezpieczenstwa i juz jestem w strefie dla pasazerow, gdzie spedzam dlugie 6 godzin w oczekiwaniu na kolejny lot. Przez te kilka lat sporo sie zmienilo, pojawil sie Starbucks oraz McDonald’s. Najbardziej intryguja mnie tablice swietlne z nazwami miast, do ktorych operowane sa polaczenia lotnicze, w wiekszosci brzmia egzotycznie, sa loty do Baku (uff, to jeszcze prawie rok do mojej podrozy tam!), Taszkentu czy Muskatu. Ale nie moge narzekac, bo moj kierunek rowniez brzmi dosc oryginalnie, a nazwa lotniska imienia Imama Khomeiniego jest wrecz zlowieszcza; przed oczami od razu widze siwego starca z dluga broda w czarnym turbanie patrzacego z nienawistnym spojrzeniem. Czas spedzam na lekturze prasy i przegladaniu internetu w telefonie, minuty mijaja dosc powoli, ale wreszcie na ekranie pojawia sie numer bramki 201A, z ktorej bedzie odbywal sie boarding. Samolot jest juz zabezpieczony przy rekawie, z sasiedniego gate’u 201B odlatuje maszyna do rosyjskiego miasta Mineralne Wody, jest szarpanina przy rekawie, bo wiekszosc pasazerow ma wieksza ilosc bagazu podrecznego ze soba niz mozna wniesc na poklad. Pierwszy raz widze, ze bagaze sa wazone taka mala waga podreczna. W koncu jednak wszyscy zostali wpuszczeni bez dodatkowych konsekwencji. 

Nocny lot mija w bardzo przyjemnie, podróż ze Stambułu do Teheranu trwa równe 2,5 godziny. Wprawdzie za szybą jest ciemno, ale w dole rozbłyskują światła miast, domyślam się zatem, że pogoda jest ładna. Po wylądowaniu wszystkie kobiety nakładają na głowy chusty, nakrycie głowy u kobiet w Iranie jest obowiązkowe a nieprzestrzeganie tego nakazu jest surowo karane przez policję obyczajową. Mnie najbardziej zaskakuje fakt, że chusta nie zakrywa często grzywki; byłem święcie przekonany, że spod chusty nie może być widać żadnego kosmyka włosów, a tymczasem  niektóre panie mają zakryty zaledwie czubek głowy czy fantazyjnie upięty kok. Jak widać nie jest chyba tak źle, jak mogłoby się wydawać.

Teraz bardzo ważny element jakim jest uzyskanie dokumentu Visa On Arrival a jego wydanie leży wyłącznie w gestii urzędnika, który zadecyduje, czy mogę wkroczyć na terytorium Iranu czy też zostanę zawrócony do Stambułu. Udaję się w kierunku punktu wydawania wiz, pan z okienka pyta mnie o zaproszenie, okazuję rezerwację hotelową, wypełniam stosowny wniosek (bardzo istotne jest podanie numeru telefonu do obiektu, w którym będziemy nocować, ponieważ większość rezerwacji jest tą drogą weryfikowanych) i zajmuję miejsce w fotelu w hallu lotniska. Po mnie o wizę ubiega się jeszcze dwóch Azjatów oraz jeden blondyn z granatowym paszportem, nie mam pojęcia, skąd pochodził. Po niecałym kwadransie urzędnik prosi mnie do okienka i podaje kwitek z kwotą 60 euro (standardowa stawka za wizę lotniskową) do zapłaty w kasie banku w okienku obok. Szybko dokonuję wpłaty, odbieram pokwitowanie i wracam do urzędnika emigracyjnego, gdzie czeka już na mnie paszport z wbitą wizą Islamskiej Republiki Iranu. Teraz kieruję się do kontroli paszportowej, celnik dwukrotnie kartkuje paszport, zapewne w poszukiwaniu stempla z Izraela, ale na szczęście nie posiadam takiej pamiątki mimo wizyty w Tel Avivie 2,5 roku temu. Dostaję pieczątkę wjazdową i przechodzę do hali odbioru bagażu, moja walizka akurat kręci się na taśmie, niewiele bagaży zostało nieodebranych. Przed wyjazdem czytałem, że każdy bagaż jest prześwietlany, ale okazuje się, że celnicy na zmianie chyba nie są zbyt zainteresowani zawartością walizek, więc po chwili przez green channel opuszczam strefę graniczną i oto znajduję się na poziomie przylotów. Ledwo przebiłem się przez tłumek ludzi oczekujących na swoich bliskich, a już zaczepił mnie jakiś cinkciarz chcący pomóc mi w wymianie gotówki czy zaoferować taxi. Dochodzi 5 rano czasu lokalnego, w hotelu mogę zameldować się dopiero po 11, postanawiam zatem zostać do wczesnego przedpołudnia na lotnisku. Najpierw jednak wjeżdżam na poziom odlotów, by w zlokalizowanym tam kantorze wymienić dolary amerykańskie na riale irańskie po korzystnym kursie 1 USD = 34500 IRR i tym samym staję się milionerem. Warto tutaj dodać, że wprawdzie w Iranie znajdują się liczne bankomaty, ale karty wydane przez europejskie banki nie będą działać z powodu embarga, wobec czego jesteśmy zdani tylko a gotówkę. Waluta irańska jest specyficzna, bowiem posiada bardzo dużo zer, niczym w Polsce przed denominacją. Dlatego też Irańczycy wprowadzili w życie walutę wirtualną zwaną Toman – 1000 tomanów odpowiada 100000 riali (w przybliżeniu wartość 1 zł), zawsze warto upewnić się, w jakiej walucie są zaprezentowane ceny. Poza tym niezbędne jest poznanie cyfr w alfabecie farsi, inaczej ich odczytanie stanie się niemożliwe, bo praktycznie w każdym miejscu ceny są zapisywane w sposób inny niż znane nam cyfry arabskie.

Po dokonaniu transakcji wracam na poziom przylotów i zamawiam gorącą czekoladę, czas się rozgrzać po kolejnej już nieprzespanej nocy. W Polsce jeszcze ciemna noc, ale w Iranie już zaczyna się świt, między Teheranem a Warszawą jest 2,5 godziny różnicy czasu, dotychczas nie odwiedzałem nigdy kraju, w którym różnica czasu nie wynosiłaby pełnych godzin, a tutaj proszę, oprócz 2 godzin trzeba doliczyć jeszcze 30 minut. Zauważyłem, że wschód słońca jest wyjątkowo wcześnie, już grubo przed siódmą rano jest zupełnie jasno i słońce przebija się przez terminal. Wychodzę na moment na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza a później leżakuję wygodnie na miękkich krzesłach i czekam na nastanie dnia, ruch w terminalu po wczesnoporannej fali przylotów znacznie maleje. Niestety, jak to często bywa na Bliskim Wschodzie (chociaż czy Iran można jeszcze zaliczyć do tego obszaru?) komunikacja z lotniska do centrum miasta mocno kuleje i jedyną możliwością wydostania się do stolicy jest taksówka. Wprawdzie w Iranie ceny paliwa są bardzo niskie, ale odległość od portu IKA do miasta wynosi ok. 40-50 km, więc stawki nie należą do najniższych. Za moją podróż zapłaciłem nieco ponad pół miliona riali, warto ustalić stawkę z kierowcą przed wejściem do auta. Mój driver nie mówi zbyt dobrze po angielsku, dla upewnienia się, że dobrze się zrozumieliśmy, dzwoni do swojego znajomego i przekazuje mi słuchawkę, by jeszcze się z nim dogadać, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Podróż do miasta trwa około godziny, najpierw jedziemy szeroką autostradą przez pustynię, ale później ruch znacznie gęstnieje i mogę na własne oczy zobaczyć to, o czym czytałem na innych blogach przed wyjazdem. Natężenie ruchu ulicznego w Iranie jest niesamowite, a jedyną regułą jest brak jakichkolwiek zasad, kierowcy nieustannie trąbią, wyprzedzają na trzeciego, próbują zajeżdżać sobie drogę, jadą pod prąd, motocykliści jeżdżą po chodnikach a pieszy nie ma żadnych praw. Wprawdzie są znaki sygnalizujące przejścia dla pieszych, często są też światła, ale nikt się tym nie przejmuje. Nie raz chcąc przejść na drugą stronę ulicy musiałem zatrzymać się na środku jezdni, by nie zostać rozjechanym przeze dzikie hordy. W końcu jednak moja elektryzująca przejażdżka dobiega końca i wysiadam z taksówki pod wejściem do Hotelu Golestan, akurat wybiła godzina 11 i przesympatyczna recepcjonistka wskazuje przygotowany dla mnie pokój, wreszcie mogę się odświeżyć i odpocząć. Sam hotel jest bardzo zadbany i elegancki a mieści się w ścisłym centrum miasta nieopodal stacji metra Hassan Abbad, tradycyjnie nie mają pokoi jednoosobowych, więc muszę zapłacić praktycznie za 2 osoby, w cenę wliczone jest śniadanie i co ważne działa tam bezpłatne wi-fi. Wprawdzie szybkość nie jest zawrotna, ale mam kontakt ze światem. Portale społecznościowe są oficjalnie niedostępne, więc nie mogę zalogować się na Facebooka, ale wiem, że miejscowi bez trudu omijają blokady.

Sam Teheran jakoś szczególnie mnie nie zaskoczył ani nie zachwycił. Mimo iż Irańczycy uważają się za Persów i obrażają się, gdy mówi się o nich jako o Arabach, to Teheran wyglądał dla mnie jak typowe miasto arabskie, było głośno, był zgiełk, były orientalne budowle (czyt. meczety) i ogromne bazary, na których toczy się życie. W Teheranie praktycznie nie uświadczyłem kawiarni, sklepów a la nasze supermarkety także prawie nie ma; z mojej strony mogę polecić supermarket Hypernowa (polecam dżem marchewkowy oraz wodę różaną) pod marką sieci Carrefour w nowo oddanym centrum handlowym tuż przy stacji metra. Cenowo oprócz drogiej wizy i raczej europejskich stawek w hotelu Iran jest bardzo przystępny, sok ze świeżo wyciskanych owoców to koszt ok. 2 zł, tyle samo kosztują duże kanapki na ciepło (np. hot dogi), napój w puszcze (tak, oficjalnie jest tam Coca-Cola!) to wydatek ok. 1 zł, a bilet dzienny na metro (Teheran ma ich aż 5 i z tego, co czytałem, wciąż planuje rozbudowę siatki podziemnych połączeń) to równowartość 50 gr. Żyć, nie umierać. Niestety, napotkani na ulicy ludzie praktycznie nie mówią po angielsku, we wszystkich lokalach gastronomicznych trzeba dogadywać się na migi i pokazywać, co chce się zjeść, bo menu jest tylko w języku farsi. Muszę jednak przyznać, że nikt nie chciał mnie oszukać na pieniądzach. Żałuję, że w całym Teheranie nie znalazłem ani jednego punktu z pamiątkami, by kupić widokówki czy magnesy, na bazarach mieli jedynie wisiorki z okiem proroka lub talerze z wizerunkiem Imama Chomeniego ;) Przywódca Irańczyków jest wszędzie a jego podobizna zwisa z elewacji licznych banków i budynków rządowych. W Internecie wyczytałem także, że mieszkańcy Iranu są bardzo ciekawi turystów, sami ich zaczepiają i starają się nawiązać konwersację. Mimo że przez całe dwa dni chodziłem po Teheranie z mapą w ręku (miły i bardzo praktyczny podarunek od hotelu to właśnie anglojęzyczna mapa Teheranu) i po częstokroć kursowałem metrem, to ani razu nikt mnie nie zaczepił :-P Ale ja już tak mam, że zdecydowanie zniechęcam ludzi do siebie, więc pewnie wyjątek potwierdza regułę


Jeśli chodzi o metro, to jest bardzo dobrze oznaczone, w pobliżu wejść do stacji widnieje logo podziemnej kolejki (żółto-czarny trójkąt), znajdziemy automaty biletowe i schematy sieci metra, a przesiadki nie powinny sprawiać żadnych problemów. Bramki są bardzo wygodne w użyciu, warto pamiętać, by nie wyrzucać biletu, bo będzie potrzebny przy wyjściu ze strefy biletowej. Jeszcze jedna istotna kwestia: pierwszy i ostatni wagon jest przeznaczony wyłącznie dla kobiet! Jeśli ktoś miałby ochotę oddać pokłony Allahowi, to na kilku stacjach metra zauważyłem pokoje modlitw wyłożone perskimi dywanami. W samym metrze zapowiedzi są wyłącznie w języku farsi, ale na wyświetlaczach pojawiają się nazwy poszczególnych stacji w języku angielskim. Jako ciekawostkę podam fakt, że przez cały czas wagoniki przemierzają obnośni handlarze, którzy oferują gumy do żucia, szczoteczki do zębów, paski do spodni, długopisy, podrabiane skarpetki (na skarpetce logo Nike, a na papierowym opakowaniu napis Versace :-P) i bieliznę, mapy Teheranu, książeczki dla dzieci i inne badziewia. Co ciekawe, zawsze znajdzie się ktoś chętny na zakup. Skoro już poruszyłem kwestię skarpetek, to podczas długich podróży metrem przypatrzyłem się obuwiu Irańczyków. Często jest bardzo znoszone i nie pasuje do reszty stroju, a już szczególnie raziły mnie kolory czy wzory skarpetek, które nijak miały się do butów czy spodni, po prostu jakaś masakra. Zdarzało mi się kilkakrotnie widzieć bardzo dobrze zrobionych kolesi, ale te skarpetki ich dyskwalifikują.
Największe skupiska ludzi spotkałem na trzech bazarach, jeden zlokalizowany w pobliżu pałacu Golestan, drugi nieopodal gmachu byłej ambasady amerykańskiej, a trzeci tuż przy najbardziej na północ położonej stacji metra, skąd doskonale widać już ośnieżone łańcuchy górskie. Z przedmieść Teheranu kursuje nawet kolejka górska na szczyty, ale niestety nie miałem okazji z niej skorzystać. Na bazarach handluje się wszystkim, najbardziej chyba zaskoczył mnie dziadyga sprzedający firmowe siatki-reklamówki z Bershki, teraz już wiem, dlaczego całkiem sporo ludzi miało takie torby ze sobą, mimo faktu, że w Iranie sieć Inditex nie jest obecna. Kolejnym ciekawym spostrzeżeniem (zarówno w supermarkecie jak i na bazarach) była osoba siekająca zieloną pietruszkę w specjalnej maszynie. Następnie taką posiekaną natkę pakuje się na styropianową tackę, foliuje, waży i sprzedaje; podejrzewam, że jest to główny składnik sałatki tabulleh, którą jadłem w Bejrucie. Palce lizać!
Najbardziej rozpoznawalnym symbolem Teheranu jest Wieża Azadi. Ten charakterystyczny monument powstał w 2500 rocznicę i do dzisiaj dekoruje miasto. Z Placu Azadi widać także wieżę telewizyjną Milad, na którą jednak nie miałem okazji wjechać, gdyż dojazd do niej nie jest możliwy metrem, a nie jestem zwolennikiem transportu taksówkami. Spacerując po mieście można często trafić na meczety czy bogato zdobione siedziby irańskich banków. Po dwóch dniach pełnych słońca czas się zbierać, w hotelu zamawiam taksówkę i po 1:30 w nocy z piątku na sobotę jestem na lotnisku IKA. Mam jeszcze sporo czasu do mojego lotu do Stambułu, zamawiam cappuccino w jedynej kawiarni w strefie ogólnodostępnej na lotnisku, i w kantorze wymieniam irańską walutę na euro. Kolejka o kontroli bezpieczeństwa jest wyjątkowo długa, część osób może nie zdążyć na swoje loty, więc proszą, by ich przepuścić. Po przejściu pierwszej kontroli udaję się do stanowiska odprawy Pegasusa, ale pracownicy jeszcze nie rozpoczęli swoich zadań. Za to zaciekawiło mnie bezpośrednie połączenie między Mińskiem a Teheranem, nie sądziłem, że białoruskie linie Belavia łączę te dwa miasta. Co by nie mówić, to w obu krajach panuje system totalitarny.
Po nadaniu bagażu rejestrowanego i odebraniu kart pokładowych przechodzę przez kontrolę paszportową i dostaję kolejny stempelek do kolekcji. Zaraz za stanowiskami straży granicznej zaczynają się tradycyjne sklepy duty free, a aby dostać się do bramek, należy przejść jeszcze jedną kontrolę bezpieczeństwa. Za oknem pod osłoną nocy widzę już samolot z logo Pegasus Airline, okazuje się, że dostałem miejsce w rzędzie ewakuacyjnym, gdzie jest więcej miejsca na nogi. Boarding nieco trwa, ale w końcu możemy startować, tym razem lot do Stambułu zajmie prawie 3 godziny. Po wylądowaniu zostajemy przewiezieni do terminala, gdzie jak ostatnio przechodzę do strefy tranzytowej i oczekuję na kolejny rejs do Kopenhagi. Posilam się w ulubionym McDonald’s, w Turcji serwują naleśniki z syropem klonowym, całkiem smaczne. Na lot o Kopenhagi mam wyznaczone miejsce 2E, co oznacza, że będę siedział w pierwszym rzędzie po prawej stronie maszyny, cieszę się, że nie jest to środek czy też koniec samolotu, bo nie przepadam za tymi miejscówkami. Tym razem dość długo oczekujemy na start, bo o tej porze wylatuje bardzo dużo samolotów. Czas i na nas, na ekranie monitora śledzę na bieżąco trasę przelotu, lecimy także na terytorium Polski, następnie przecinamy Bałtyk i kilka minut po 13 ląduję w Kopenhadze.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz