Frytki z majonezem, czyli ponownie w Brukseli / 26.02.2016 - 27.02.2016


W piątkowe popołudnie pojawiam się po raz kolejny na lotnisku Chopina. Los znowu pchnął mnie w drogę do Brukseli, tym razem lecę tylko na piątkową imprezę i w sobotni poranek wracam do Polski. Tak jak ostatnio podczas analogicznego wyjazdu do Charleroi lecę linią WizzAir, powrót mam zaplanowany linią Ryanair do Modlina.
Na warszawskim Okęciu jestem ok. godz. 16:40, z mojego biurowca na stołeczne lotnisko mam rzut beretem, przy dobrej pogodzie z okien mogę obserwować lądujące samoloty. Lotnisko zionie pustką, a wydawałoby się, że weekendy to pora, kiedy zagęszczenie będzie największe. Tym razem tak jednak nie jest, już po kilku minutach jestem za kontrolą bezpieczeństwa, jeszcze tylko tradycyjnie wizyta w sklepie wolnocłowym i mogę już oczekiwać na mój wylot, mam ze sobą prasę, więc czas mija względnie szybko. Przed wyjściem number 38, skad bedzie odbywal sie boarding, tradycyjnie sporo wczesniej formuje sie juz kolejka pasazerow. Chcial nie chcial trzeba wstac i sie przylaczyc, kilka minut po czasie mozemy wchodzic do autobusu, ktory zawiezie nas na plyte lotniska do samolotu Airbus A320. Zajmuje wyznaczone miejsce 15 E, a kiedy samolot jest juz pelen i mam pewnosc, ze nikt juz sie nie dosiadzie, przesuwam sie na wolne miejsce pod okno. Akurat zaczyna padac snieg i pogoda sie pogarsza, trzeba bedzie odladzac maszyne, tracimy wiec kolejne minuty i startujemy z ponad 30-minutowym opoznieniem. Tym razem zaloga pokladowa to same kobiety, a pilotem jest znany mi juz kapitan Grzegorz Serafin. Rejs bardzo spokojny, na Zachodzie chmur nie ma i moge z lotu ptaka podziwiac swiatla miast. Przegladam magazyn pokladowy WizzAir, mapka polaczen i obslugiwanych lotnisk jest coraz bardziej gesta. Po okolo dwoch godzinach rejsu laduje w Charleroi i czym predzej pedze na stanowisko Flibco, autokar odjezdzajacy o 21:00 jest juz pelen, musze czekac na kolejny. Ten takze niemal natychmiast sie zapelnia i odjezdzam do Brukseli juz kwadrans pozniej. To pierwszy raz, kiedy obserwuje takie zainteresowanie tym srodkiem transportu. Dotychczas nigdy nie stalem w kolejce, by zajac miejsce i wszyscy chetnie spokojnie sie miescili. Po niecalej godzinie docieram na dworzec Midi. Bonsoir, Bruxelles.  Alors on danse!
Jest godzina 3:30 kiedy wychodze z klubu, jestem jeszcze nieco oszolomiony glosna muzyka i kolorowymi swiatlami, odczuwam w uszach kontrast po wyjsciu na zewnatrz, lekki mrozek, cisza, ciemnosc, gdzieniegdzie przejezdza samochod, pod niektorymi bramami stoja ludzie. Mam ochote na kawe, ale caly dworzec Midi jest zamykany na noc, a automaty z napojami sa zlokalizowane wewnatrz i nie ma sie jak do nich dostac. Musze zatem uzbroic sie w cierpliwosci i poczekac az dojade do Charlerioi. Autokar Flibco juz stoi na swoim miejscu, probuje przypomniec sobie, kiedy pierwszy raz bylem w Brukseli, oj, dawno temu to bylo, moja przygoda z lataniem juz trwa ladnych pare lat. I oby trwala jak najdluzej. W autobusie slodko sobie przysypiam, budze sie powoli na rondzie przed wjazdem na lotnisko. Trwa poranny szczyt, baza Ryanaira w Charleroi jest duza, wiec i porannych wylotow jest calkiem sporo. Rejs do Warszawy – Modlina zaplanowany jest na godz. 07:05, mam sporo czasu na poranna kawe. Niestety, PAUL otwierany jest dopiero o 07:00, a dochodzi 05:00. Przechodze przez kontrole bezpieczenstwa majac na uwadze, ze zaraz za nia jest calkiem spora restauracja/kawiarnia. Tlok jest spory, akurat straznik przede mna zaprasza do nowo otwartego stanowiska. W kolejce stoi sporo Marokanczykow, starsze kobiety o bujnych ksztaltach nie znaja ni w zab francuskiego, ich synowie czy corki musza im tlumaczyc slowa obslugi, ktora kaze zdjac bizuterie czy chusty. Domyslam sie, ze nie sa to osoby, ktore leca samolotem po raz pierwszy, ale schemat pozostaje zawsze taki sam.
Mam jeszcze dwie godziny do odlotu, po imprezie zglodnialem, by nadrobic kalorie zamawiam zestaw sniadaniowe: brioche z czekolada, latte i sok pomaranczowy. O dziwo po przetanczonej nocy nie chce mi sie zbytnio spac, zabieram sie za lekture bezplatnej gazety Metro. Kiedys byla takze wydawana w Polsce pod nazwo Metropol, jak milo poczytac co nieco w tym pieknym jezyku. Powoli kieruje sie do mojego wyjscia do samolotu, pasazerow nie ma zbyt wielu, o dziwo dominuja cudzoziemcy odwiedzajacy Polske. W Belgii zapowiada sie piekna pogoda, jest slonecznie. Tym razem przypadlo mi miejsce 33A w ostatnim rzedzie przy oknie. Obok mnie swoje miejsca maja dwie panie (matka z corka), ale kiedy okazuje sie, ze caly rzad przed nami jest wolny, to przesiadaja sie, dzieki czemu ja mam dla siebie wiecej miejsca. Mniej wiecej na 40 minut przed planowanym ladowaniem kapitan przekazuje komunikat, ze z powodu gestej mgly nasz rejs zostanie przekierowany na Lotnisko Chopina, co spotyka sie z moim entuzjazmem. Na dojazd z glownego stolecznego lotniska do mojego mieszkania potrzebuje okolo kwadransa. Powoli zblizamy sie juz do Warszawy, ktora z gory bardzo ladnie sie prezentuje. Kilka minut przed 9 rano przybijamy do portu im. Fryderyka Chopina. 

Gaufres de Liège / 20.02.2016

Bruksela na stale zagoscila w moim harmonogramie podrozy jako miejsce na krotkie wypady weekendowe. Tym razem bylo podobnie, a motywacja do odbycia tej podrozy byla nie lada gratka – bilety przewoznikiem Brussels Airlines na trasie WAW-BRU za niecale 18 euro. Tradycyjnie juz byly dostepne one u posrednikow, nie zas bezposrednio na stronie przewoznika, a trafilem na nie calkiem przypadkiem plywajac Kayakiem. „Promocja” byla aktywna w sierpniu, a poniewaz okres jesienny mialem juz zaplanowany, to zdecydowalem sie dokonac rezerwacji na odlegly termin lutow. Tradycyjnie mial to byc wyjazd weekendowy, w tym przypadku zas jednodniowka. Powrot zakupilem bowiem na wieczor tego samego dnia, z tym ze byl to rejs linia WizzAir, wiec pozostala jeszcze kwestia dojazdu na lotnisko Charleroi z centrum miasta. Na szczescie ze sporym wyprzedzeniem nie ma problemu z dostepnoscia biletow za 5 euro na przejazd autokarem firmy Flibco.
W sobotni zimowy poranek kilka minut po 5 rano melduje sie na Lotnisku Chopina. Okazuje sie, ze linie Brussels Airlines nie maja dedykowanego stanowiska odpraw, trzeba zglosic sie do strefy dla pasazerow grupy Lufthansa. Jestem oczywiscie wczesniej odprawiony online, ale jak mam w zwyczaju kieruje sie do stanowiska, by odebrac papierowa standardowa karte. Niestety, obecnie wszystkie druczki zunifikowano i taka sama karte otrzymalem wczesniej na inne rejsy linia Swiss, wiec szalu nie ma. Przy kontroli bezpieczenstwa kolejek nie ma, dzialaja tylko dwa stanowiska, ale kolejka sprawnie posuwa sie naprzod i po kilku minutach jestem juz saloniku Polonez, gdzie konsumuje sniadanko i oddaje sie lekturze Gazety Wyborczej. Na droge biore sobie marcowy numer Wysokich Obcasow Extra, bedzie co poczytac. O dziwo o tak wczesnej porze kucharze przygotowali juz cieple posilki, jest m.in. quiche z warzywami. Palce lizac!
Na boarding udaje sie niemal na chwile przed jego rozpoczeciem, nie mam ochoty na „sleczenie” pod bramka, zwlaszcza ze w perspektywie mam powrot linia WizzAir, gdzie ta strategia jest niemal nieodzowna. Rejs do Brukseli odbywa sie samolotem Avro RJ100, jeszcze nie mialem okazji leciec takim modelem. Uklad siedzen to 2-3, identyczne usadzenie mialem juz na rejsie linia Swiss do Zurychu w listopadzie 2014 roku. Sympatyczna stewardessa wita pasazerow przy wejsciu, oblozenie jest znikome, w koncu to sobotni ranek, a Bruksela wydaje sie byc znacznie bardziej biznesowym kierunkiem, dodatkowo jest sporo konkurencja na tej trasie, bo rejsy wykonuje takze LOT oraz tani przewoznicy. Zajmuje wybrane wczesniej miejsce 5C po prawej stronie przy oknie, tak jak lubie, dwa fotele obok pozostaja wolne, mam jeszcze sporo miejsca na bagaz podreczny i moje dlugie nogi. Boarding completed, instruktaz bezpieczenstwa odbywa sie po francusku i angielsku, dodatkowo zaloga komunikuje sie takze z pasazerami po holendersku. Poranek jest pochmurny, rano spadl swiezy snieg, trzeba odladzac maszyne, wiec jeszcze nieco czasu spedzimy na pasie startowym. Okno obok mnie jest cale zachlapane, wiec podczas startu niemal nic nie widze, dopiero po wzbiciu sie ponad chmury za szyba moge podziwiac widoczki za oknem. Po pewnym czasie chmury znikna i bedzie widac ziemie. Zaloga rozpoczyna serwis, ku mojemu zaskoczeniu pasazerowie klasy ekonomicznej nie dostaja nic, nawet szklaneczki wody. Przy tym serwis w PLL LOT (woda + Prince Polo) to prawdziwy rarytas, dobrze, ze mialem okazje podjesc sobie w saloniku, a w torbie czekaja na mnie zachomikowane wafelki i chipsy marchewkowy oraz woda mineralna. Dla pasazerow tranzytowych udajacych sie na rejs dalekiego zasiegu bezplatnie oferowany jest zimny napoj. Zabieram sie zatem za lekture magazynu pokladowego, elementem, od ktorego zawsze zaczynam lekture jest strona z mapka oferowanych destynacji. Ta z linii Brussels Airlines jest dla mnie sporym zaskoczeniem, bo pojawia sie wiele interesujacych kierunkow z srodkowej Afryki, to zapewne pozostalosc po epoce kolonializmu (pamietne Kongo Belgijskie). Czas szybko mija, pilot informuje, ze znizamy sie powoli do Brukseli, zaloga przygotowuje kabine do ladowania i ladujemy na plycie brukselskiego lotniska. Z samolotu wychodzimy przez rekawa, moge uniknac kontaktu z zimnym powietrzem.
Sam port lotniczy prezentuje sie bardzo ladnie, jest estetycznie i kolorowo, lustruje ludzi, jak milo widziec tak zadbanych, dobrze ubranych i usmiechnietych osobnikow ;) By nacieszyc oczy tym widokiem zajmuje miejsce w kawiarni, konsumuje klasycznego gofra i popijam go kakao. Niczym Kinga Rusin bawie sie w moja ulubiona gre: Raz zabrałam na milognę Michała Piróga. Doskonałego tancerza, który jednak nie przepada za tego typu tanecznymi zabawami. Był zafascynowany w równym stopniu jak ja. Długo rozmawialiśmy o tej sztuce wzajemnego uwodzenia, zapraszania. Bardziej nas intrygowała niż kroki tanga. Zaproponował: zróbmy eksperyment, będziemy przyciągać innych wzrokiem. Mieliśmy taką zabawę, jakiej nie miała w życiu. Zaczęło się od samolotu, w drodze powrotnej z Buenos Aires. Pod koniec lotu byliśmy zakolegowani dokładnie z tymi osobami, z którymi chcieliśmy się zakolegować. Na lotnisku wypatrzyliśmy grupę młodych ludzi. Rozmawiając, patrzyliśmy na naich, łapaliśmy kontakt wzrokowy. W momencie, kiedy nam się to udało, uśmiechaliśmy się. Po półgodzinie piliśmy z nimi kawę. Sympatyczne nawiązanie kontaktu wzrokowego niesamowicie działa A my tego najczęściej unikamy.
Po leniwym poranku w kawiarni i milych wrazeniach wzrokowych ruszam w koncu do miasta. Przy wyjsciu z lotniska stoja uzbrojeni w dluga bron zolnierze, czuc napiecie zwiazane z podwyzszonym ryzykiem wystapienia zamachu terrorystycznego. W automacie biletowym zaopatruje sie w bilet (4,50 EUR) i autobusem XX podjezdzam pod stacje metra Luxembourg, skad metrem dojezdzam do stacji. Centrum Brukseli znam juz niemal na pamiec i poruszam sie po nim bez mapy. Po wyjsciu z podziemi okazje sie, ze niebo sie przejasnia, juz nie pada a po poludniu nawet wychodzi slonce. Pierwsze kroki kieruje do figurki siusiajacego chlopca Manneken Pis, tym razem jest ubrany w gustowne czarne wdzianko, kiedy przyjde tam popoludniowa pora okaze sie, ze jest juz przebrany w szary stroj a w reku trzyma otwarta ksiazke. Czyzby to uklon w strone popularyzacji czytelnictwa?
Czas spedzam na wedrowce waskimi uliczkami, zagladam w arabska dzielnice, jem posilke w McDonald’s (holenderska kanapka McKroket, niestety, akurat skonczyly sie szejki bananowe), wizytuje sklep z pamiatkami, sklepy i centrum handlowe w poblizu stacji Rogier. Nie bede sie tutaj rozwodzil, bo Bruksele opisywalem juz kilkakrotnie, a poza tym w internecie mozna znalezc na temat atrakcji tego miasta bardzo wiele informacji. Na dworcu Gare du Midi spozywam jeszcze smaczna zupe z marchwi, popijam ja espresso i wsiadam do podstawionego juz autokaru Flibco, by ok. 45 minut pozniej dotrzec do lotniska Charleroi. Nic sie tutaj nie zmienilo, jest tak jak bylo malutkie i nadgryzione zebem czasu, ale jako koneser kultury kawiarnianje milo spedzam czas w lokalu PAUL, gdzie pochlania mnie lektura Wysokich Obcasow Extra oraz wspomnianej ksiazki Kingi Rusin „Co z tym zyciem?”. Okolo dwie godziny przed odlotem przechodze przez kontrole bezpieczenstwa, w sobotni wieczor oprocz rejsu do Kluza-Napoki, Madrytu i do Oslo nie ma wielu juz niemal zadnych polaczen wychodzacych i kolejka jest znikoma. Szybko docieram w okolice mojej bramki i pozostaly czas spedzam na dalszym kontakcie ze slowem pisanym, goraco polecam reportaz z WO Extra o matkach terrorystow z Molenbeek (dzielnica Brukseli, z ktorej wywodza sie arabscy terrorysci). Moj rejs WizzAir do Warszawy ma okolo polgodzinnie opoznienie z powodu poznego przylotu z poprzedniego rejsu, za ktore kapitan Grzegorz Serafin serdecznie przeprasza. Start samolotu odbywa sie w dosc mocnym deszczu, ale wszystko przebiega bez zaklocen, caly lot nie wystepuja turbulencja i ok. godziny 23:00 laduje na Lotnisku Chopina. Dobranoc Państwu!

Afryka nie taka dzika: Kapsztad / 27.01.2016 - 02.02.2016

Ledwo zdążyłem wrócić z dalekiego Hong Kongu, a już czeka mnie wyjazd do dalekiej Afryki. Po raz kolejny o wybranej destynacji zdecydował przypadek, a konkretnie błąd taryfowy u pośrednika tripsta.pl, który to oferował loty do Kapsztadu z dwiema krótkimi przesiadkami za jedyne 1250 zł. Informacje o rewelacyjnej ofercie na loty do RPA w szczycie sezonu, kiedy w Polsce jest zima a na półkuli południowej jest lato, znalazłem na portalu loter.pl. Dobrze, że pośpieszyłem się z zakupem, bo kilka minut później wybiła północ i bilety w niezwykle niskiej taryfie zniknęły z systemu rezerwacyjnego agenta. Jak to często przy takich okazjach bywa tak i tym razem wylot nie odbywał się z Warszawy, ale z Pragi, a przesiadki miały miejsce w Zurychu i Johannesburgu, który to jest największym hubem w RPA. Rejsu na trasie PRG-ZRH-JNB & JNB-ZRH-PRG realizowane były po raz kolejny linią Swiss, odcinek JNB-CPT wykonywany był przez linie South African Airways a rejs powrotny CPT-JNB przez linie British Airways („operatem by Comair”), które zadomowiły się w swojej byłej kolonii na dobre i oferują loty krajowe oraz międzynarodowe do sąsiednich krajów. Cieszyła mnie możliwość odbycia kolejnych rejsów liniami z sojuszu Star Alliance zrzeszonymi w programie Miles & More, za daleki dystans na konto powędrowały kolejne mile, które postaram się skwapliwie wykorzystać.  Do tego mogłem po raz kolejny skorzystać z saloniku business Lounge LX w Zurychu. Do Pragi czeskiej dostałem się na pokładzie PLL LOT, bardzo dobrze się złożyło, gdyż na około miesiąc przed planowanym wylotem do czarnej Afryki w ramach cyklicznej akcji promocyjnej Szalona Środa zaproponowano właśnie interesujący mnie kierunek.
Same rejsy wspominam bardzo dobrze, serwis na pokładzie nie odbiegał od tego, co widziałem tydzień wcześniej na rejsach do/z Hong Kongu. Niestety, mam znaczne zastrzeżenia do samego personelu pokładowego. Jedna z dziewczyn, która obsługiwała mój rząd, zachowywała się tak (i wyglądała), jakby bała się własnego cienia (Frau Susanne Keller, pozdrawiam!), druga była młoda otyła Hinduska, która do wszystkich pasażerów zwracała się z pełnym wyrzutu zwrotem „Someone’s drinks” ;)
Okolo 10 rano laduje w goracym Johannesburgu, trzeba nieco poczekac nim samolotem bedzie podpiety do rekawa i po dlugim locie bede mogl opuscic poklad. Tym razem takze mialem wolne miejsce obok, wiec moglem sie nieco wyciagnac, nie bylem zatem taki zmeczony. Poza tym zapowiadal sie piekny sloneczny dzien, w dobrym humorze witalem zatem Republike Poludniowej Afrykie. Z lekkim niepokojem spogladam na zegarek, do zamkniecia odprawy na kolejny rejs linia South African mam raptem godzine, a kolejka do kontroli paszportowej w Johannesburgu wydaje sie nie miec konca, pogranicznikom nigdzie sie nie spieszy i dosc powolnie wykonuja swoja prace. Kiedy w koncu odbieram moj bagaz mam raptem kwadrans, by przejsc przez dlugi korytarz do specjalnego punktu i ponownie nadac walizke na rejs do Kapsztadu – polityka celna wyglada zatem identycznie jak w przypadku USA, kiedy to przy przesiadce na kolejny rejs w pierwszym porcie przylotu w Stanach trzeba przejsc kontrole paszportowa, odebrac bagaz i nadac go ponownie, ponowne zasady obowiazuja w Brazylii.  Okazuje sie, ze na ten sam rejs SA 333 czeka jeszcze kilkanascie osob i w spokoju nadaje walizke do miejsca docelowego. Teraz jeszcze musze przejsc na terminal krajowy, ale lotnisko jest dobrze oznaczone i nie ma z tym problemu. Przy kontroli bezpieczenstwa moja uwage zwraca fakt, ze czesc pasazerow bezproblemowo przenosi ze soba butelki z woda czy napojami. Jak widac restrykcje nie wszedzie sa traktowane w ten sam sposob. Boarding na moj rejs SAA odbywa sie z czesci na poziomie -1, wchodzimy prost na plyte lotniska, skad zostajemy przewiezieni autobusami na poklad Airbusa A340. Jestem bardzo zaskoczony, ze dwugodzinny rejs krajowy obsluguje tak duza maszyna, ale widac ma to swoje uzasadnienie, skoro prawie caly samolot jest pelen. Obsluga kolorowe, w wiekszosci czarnoskora, poznaje nowy wystroj samotu i standardy kolejnego przewoznika. Po starcie zabieram sie za lekture magazynu pokladowego, w trakcie rejsu pasazerowie czestowani sa kanapka i napojami. W koncu znizamy sie do Kapsztadu, z daleka widac Gore Stolowa, urlop czas zaczac.


Zaraz po wyjściu z lotniska kieruję się na przystanek autobusowy linii T1 kursującej z lotniska do pętli w centrum miasta o nazwie Civic Center. Wcześniej sprawdziłem i okazało się, że Kapsztad jest jedynym miastem w RPA, w którym funkcjonuje komunikacja publiczna, jak to dobrze! Rozwiązanie jest bardzo dobre, trzeba nabyć kartę pre-paid MasterCard, którą nabijamy na dowolną kwotę (minimum to bodajże 30 ZAR) i podstawiamy pod czytnik przy każdym wsiadaniu do autobusu i przy wychodzeniu z niego. Na wyświetlaczu pojawi się kwota, którą pobrano za przejazd oraz wysokość pozostałych na koncie środków. Sieć obejmuje całe miasto, przystanki są dobrze oznaczone, rozkłady są czytelne a kierowcy uprzejmi. Jedyny minus to dość ciasne autobusy i długie przerwy w kursowaniu pojazdów w weekendy. W ścisłym centrum przystanki ulokowane są na wyspach na środku ulicy, aby wejść do klimatyzowanego zadaszonego przystanku, należy odbić kartę w czytniku i przejść przez bramkę niczym w metrze. Wspomnę jeszcze, że w RPA obowiązuje ruch lewostronny.
Na pobyt zarezerwowałem z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem pokój w willi Antrum w dzielnicy Greek Point na obrzeżach Singal Hill, niedaleko znajdował się stadion, na którym rozgrywano mecze Mistrzostw Świata w piłce nożnej w 2010 roku. Budowla prezentuje się wyśmienicie, a najlepiej podziwiać ją z Góry Stołowej. Pokoje miały nieco afrykański wystrój, standard był bardzo wysoki, do dyspozycji miałem także basen a codziennie rano serwowano smaczne śniadania, najbardziej do gustu przypadły mi muffinki z mąki kasztanowej oraz świeże sałatki owocowe z mango, marakują, kiwi, truskawkami itd. W okolicy dominowała niewysoka zabudowa, w sąsiedztwie także znajdowały się wille dla turystów i pensjonaty, było bezpiecznie, chociaż niemal przy każdym ogrodzenia zamontowana była kolczasta siatka pod napięciem.
Pobyt w Kapsztadzie bardzo dobrze mi zrobił, zapomniałem o szarości i zimowej aurze w Polsce, wygrzałem się na piaszczystej słonecznej plaży Cliffton, przeczytałem dwie książki o polskim show businessie, spróbowałem lokalnych specjałów i wypiłem hektolitry dobrej kawy. Dodam, że cenowo RPA prezentuje się bardzo przyzwoicie – tradycyjnie odnośnikiem był dla mnie ulubiony McDonald’s, gdzie za klasyczny zestaw można płaciło się raptem 30 randów (ok. 7 – 8 zł), a dowolną dużą kawę w McCafé można było wypić już za 15 randów. Yummy!
Polecam wszystkim wycieczkę do miasteczka Simon’s Town celem zobaczenia żyjących w rezerwacie w zatoce Boulder’s By pingwinów afrykańskich. Malutkie czarno-białe stworzonka można podglądać z drewnianych pomostów przy plaży. Do Simon’s Town dwa razy na godzinę kursują lokalne pociągi CMT, koszt takiej wycieczki to raptem, trasa pociągu wiedzie przez bardzo malowniczą okolicę przypominającą nieco Mierzeję Helską, chwilami szyny biegną niemal bezpośrednio przy oceanie, można pozdrawiać kąpiących się plażowiczów i obejrzeć kolorowe domki (przebieralnie, budki dla ratowników), które są pozostałościami jeszcze z czasów kolonialnych. Bilet turystyczny uprawnia pasażerów do przejazdów na całej trasie danego dnia z przerwami, można więc wysiąść na stacji Kalk May czy w Moizenberg, tam nieco poplażować i pojechać dalej. Z samej stacji kolejowej Simont;s Town do rezerwatu pingwinów szybkim krokiem idzie się ok. 45 minut (odcinek dość męczący, bo pod górę, do tego silny wiatr od wody), dla mniej odpornych są oczywiście taksówki.
W niedzielny poranek wybrałem się na Górę Stołową. Korzystałem z komunikacji lokalnej, trzeba wybrać autobus XX i wysiąść na przystanku YY. Po drugiej stronie na parkingu znajduje się kolejny przystanek autobusu wahadłowego, która zawiezie pod górę do kasy kolejki linowej Table Mountain Cable Car. Dotarłem na miejsce ok. godz. 10 rano, kolejek do kas praktycznie nie było, już 10 minut później w obrotowej kapsule wjeżdżałem na górski szczyt, który został uznany jednym z nowych cudów świata. Widoki z tej płaskiej formacji skalnej zapierają dech w piersiach. Sam szczyt zajmuje dość sporą powierzchnię, wyznaczone są różne trasy, które można sobie zaliczać, by urozmaicić wycieczkę.
Republika Południowej Afryki z pewnością ma więcej do zaoferowania niż sam Kapsztad, ja miałem okazję zobaczyć tylko wycinek z tego bogatego kraju. Jestem zdecydowanie na tak! Jeżeli chodzi o tak istotną kwestię bezpieczeństwa, to chcę zaznaczyć, że nic złego mnie w RPA nie spotkało i opinie o wysokim zagrożeniu napaściami wydają się być już nieco nieaktualne, ale może po prostu miałem szczęście i znajdowałem się w odpowiedniej okolicy. A teraz pora już wracać do szarej rzeczywistości. Hakuna matata!
 

Hong Kong, czyli Chiñczycy trzymaja sie mocno / 20.01.2016 - 25.01.2016

Jako specjalista od błędów taryfowych nie mogłem się powstrzymać od zakupu lotu do kolejnego azjatyckiego tygrysa i takim oto sposobem stałem się szczęśliwym posiadaczem biletu do Hong Kongu linią Swiss. Zakupu dokonałem na stronie expedia.com.hk – swego czasu ten ceniony pośrednik w magiczny sposób zapominał doliczyć do ceny biletu wartość lotu powrotnego. Bilety zostały uhonorowane, wszystkie loty odbyły się planowo i żadne niedogodności mnie z tego tytułu nie spotkały. Piszę do dlatego, gdyż zdaję sobie sprawę, że zwłaszcza osoby niedoświadczone d tego typu okazjach mogą się obawiać o swoją planowaną podróż. Tutaj wychodzę z założenia, że lepiej spróbować zarezerwować tai bilety niż później żałować, że się tego nie zrobiło. W najgorszy wypadku pośrednik anuluje rezerwację i zwróci nam pieniądze, które wydaliśmy na bilety.
Po nocy spędzonej w autokarze Lux Express (komfort jazdy zupełnie inny niż w superciasnym Polskim Busie, jak widać nazwa przewoźnika zobowiązuje) w środowe przedpołudnie wysiadam na dworcu Nepliget w słonecznym Budapeszcie. Teraz nie mam jednak czasu na zwiedzanie, gdyż ok. 14:30 startuje mój lot do Zurychu, a późnym wieczorem mam kolejny rejs do wspomnianego Hong Kongu. Jak pewnie niejednokrotnie tutaj wspominałem lubuję się w drapaczach chmur, nowoczesnej architekturze ze szkła i stali, więc ta jeszcze niedawno brytyjska kolonia była na moim celowniku już od dawien dawna. Oba rejsy liną Swiss wspominam bardzo miło, zwłaszcza lot na trasie dalekiego zasięgu ZRH-HKG był miły, pilot tak zgrabne poprowadził maszynę, że przez cały ponad 11-godzinny rejs do Chin nie odczuwało się żadnych turbulencji. Bardzo gustownie prezentował się także Business Lounge na lotnisku w Zurychu, gdzie przez kilka godzin relaksowałem się podczas przesiadki. Wnętrze jest bardzo eleganckie, a menu wytworne, tak się złożyło, że akurat tego dnia serwowali danie azjatyckie, więc komponowało się ono smakowo z moją destynacją. Jedyne, czego mogę się przyczepić, to słaba jakość systemu rozrywki pokładowej w samolocie Airbus A-340 linii Swiss. Ze względu na siedmiogodzinną różnicę czasu między Szwajcarią a Hong Kongiem lądowanie odbywa się w czwartkowe późne popołudnie czasu lokalnego. Warunki do lądowania są fatalne, miasto całe jest pokryte gęstą mgłą i chmurami, a mimo to pani pilot bardzo gładko udaje się wylądować i tak naprawdę dopiero kiedy koła dotknęły pasa lotniska ujrzałem ziemię. Port lotniczy robi wrażenie, jest ogromny, jasny i przemieszczają się przez niego pasażerowie ze wszystkich stron świata. Kontrola paszportowa przebiega bardzo sprawnie, moja walizka również szybko pokazuje się na taśmie; jeszcze tylko skan bagażu i już mogę przejść do hali przylotów. Czas odsapnąć, nieco się odświeżyć i jazda do hotelu. Tradycyjnie wybieram najtańszą opcję jaką okazuje się być autobus za 21 dolarów (1 HKG = 0,52 PLN), który dociera na wyspę Hong Kong. Zajmuję miejsce na górze (jako była brytyjska enklawa oczywiście jest tutaj ruch lewostronny a autobusy i nawet tramwaje są piętrowe) i przez nieco ponad godzinę jazdy podziwiam panoramę miasta i feerie barw odbijających się na wieżowcach. Dopiero z bliska okaże się, że o ile w centrum biurowce są eleganckie i zadbane, to kiedy zapuścimy się nieco dalej, dostrzeżemy bez trudu, że większość bloków mieszkalnych nadgryziona jest zębem czasu i robi dość ponure wrażenie, po ulicach chodzą szczury, momentami jest brudno i brzydko. To niczym na Hollywood Bouleverad w Los Angeles, gdy zbaczając z Alei Gwiazd trafiamy na zaniedbane posesje. Po wyjściu z autobusu na stacji metra Tin Hau wsiadam do jednej z linii metra, przemieszczam się dwie stacje w kierunku wschodnim i po kilku minutach od wyjścia z podziemi docieram do hotelu M1, gdzie spędzę 3 najbliższe noce. Dostaję pokój na 21. piętrze, widok z okna jest niesamowity, polecam każdemu takie wrażenia. Po odświeżeniu się zmęczenie mija, za to pojawia się „mały głód”, więc czas go zaspokoić. Nieopodal znajduje się mój ulubiony McDonald’s, ale ciekawość zwycięża i pierwsze kroki kieruję do tradycyjnego Chińczyka. Zupa przypomina smakiem i wyglądem rosół, ale już serwowane do niej dodatkowo pierożki z krewetkami w środku skutecznie odstraszyły mnie do próbowania dań kuchni lokalnej. Nienajedzony doceniam w takich chwilach McDonald’s, gdzie zawsze znaczna część menu będzie zunifikowana. Z przysmaków dostępnych tylko w Hong Kongu znajduję ciasto z czerwoną fasolą, zupę z krewetek  czy lody o saku purpurowego ziemniaka (bynajmniej nie jest to batat). Jeszcze tylko drobne zakupy spożywcze w 7Eleven i można iść spać.
Podczas całego pobytu w Hong Kongu pogoda była typowo angielska i w żaden sposobu nie rozpieszczała, było pochmurno, deszczowo i wietrznie. Mimo wszystko humor jednak mi dopisywał, w końcu oglądałem kolejną azjatycką metropolię i mimo  że nie zachwyciła mnie tak jak Tokio, to cieszę się, że odwiedziłem to miasto.
Chinskie jedzenie zupelnie mi nie odpowiadalo, pierwszego wieczora zamowilem zupe na zdjeciu przypominajaca nasz rosol, makaron byl oczywiscie chinski (cienszy i bialy), a na gorze umieszczone byly jeszcze pierozki. Bylem swiecie przekonany, ze w srodku znajduje sie smaczny farsz, spotkala mnie jednak niemila niespodzianka – do srodka wlozone byly bowiem krewetki, a z owocow morza jem tylko sushi. Na szczescie drugiego dnia udalo mi sie znalezc male stoisko Sushi Express, gdzie moglem przypomniec sobie jak smakuje Japonia. Lokalne jedzenie atakowalo moje nozdrza juz od samego rana, pod moim hotelem znajdowal sie bowiem chinski market, gdzie przede wszystkim sprzedawano roznego rodzaju artykuly spozywcze, warzywa, owoce morza i mieso. Widok wyciaganych ze szklanego akwarium ryb, ktore nastepnie ogluszano tasakiem pozostawil niesmak, a mieso, ktore wisialo na hakach napawalo mnie obrzydzeniem, kto wie, czy gdzies nie wisial np. pies? Do tego te zapachy! Moja ciekawosc przykula jedynie cukiernia, niestety, przy degustacji zakupionych produktow okazalo sie, ze niekoniecznie bylem przygotowane na takie rewelacje dla mojego podniebienia – w drozdzowce znalazlem czerwona fasole zas niewinna babeczka z kremem okazala sie byc wypelniona zoltkiem jajka. Co kraj, to obyczaj, przez dalsza czesc pobytu zywilem sie tylko w McDonald’s (zwracam uwage na przystepne ceny, zestaw mozna bylo nabyc juz za ok. 10-12 zl, napoje kawowce w McCafé rowniez byly tansze niz w Polsce) oraz tym, co znalazlem w sklepach typu 7Eleven, ktore podobnie jak w Tokio, Kuala Lumpur czy Singapurze znalezc mozna na kazdym roku. Niestety, ceny w nich do niskich nie naleza.
Bardzo polecam w Hong Kongu przejazdzke pietrowym tramwajem, halasuje i wieje niemilosiernie, jest raczej niewygodnie, bo wszystkie siedzenia sa drewniane, dosc twarde, ale wrazenia niesamowite, bardzo mi sie podobala jazda takim eksponatem. Cale wagony sa kolorowe, opakowane w reklamy, wnetrza sa zas zdecydowanie w stylu retro. Do tramwaju wchodzimy z tylu, wychodzimy z przodu obok kabiny motorniczego i tam tez uiszczamy zaplate, za jeden przejazd placimy symboliczne 2,30 HKD, niezaleznie od dlugosci trasy. Inaczej rzecz ma sie przy komunikacji autobusowej czy w metrze, gdzie cena za bilet uzalezniona jest od dystansu jaki przebywamy. Mnie zaskoczyl fakt, ze za przjeazdy nie mozna placic karta platnicza czy kredytowa, wszystkie automaty przyjmuja jedynie gotowke. Jezeli ktos planuje dluzszy pobyt i intensywniejsze korzystanie z sieci komunikacji miejskiej, polecam zakup karty prepaid Octopus, ktora mozna doladowac dowolna suma i nastepnie odklikiwac przy wsiadaniu/wysiadaniu z srodkow transportu. Po kazdym poprawnym uzyciu karty na wyswietlaczu pojawia sie kwota, ktora system pobral z naszego konta oraz kwota pozostala do wykorzystania. Ja osobiscie przez niecale 4 dni pobytu nie korzystalem z tej opcji, wiec bylem zdany na platnosc gotowka, u kierowcy i motorniczego trzeba miec przygotowana odliczona gotowke, gdyz nie wydaja oni reszty, a naleznosc wklada sie do specjalnego przezroczystego pojemnika. Warto jeszcze dodac, ze w sklad systemu zintegrowanej komunikacji miejskiej wchodza jeszcze promy kursujace miedzy wyspami. Najpopularniejszym polaczeniem jest bezapelacyjnie trasa miedzy wyspa Hong Kong a Kowloon, cala przyjemnosc trwa raptem kilka minut, ale z poziomu wody mozna podziwiac panorame smuklych wiezowcow po obu stronach zatoki.
Najpopularniejsza atrakcja turystyczna Hong Kongu jest bez watpienia Wzgorze Victorii znane jako Victoria Peak. Ze szczytu rozciaga sie panorama na cale miasto, tak naprawde dopiero stad widac, ze miasto pnie sie w gore i jak bardzo w jego zabudowie dominuja wiezowce. Na gore wjezdza sie kolejka zebata, ktora nieco przypomina ta na Gubalowke. Wagonik wspina sie powoli, w pewnych momentach zatrzymuje sie i mozna odniesc wrazenie, ze jest tak stromo, iz za chwile poszybujemy w dol. Nic takiego jednak nie nastapilo i calo dotarlem do celu. Bilet tam i z powrotem dla osoby doroslej to koszt 40 HKD, mozna nabyc specjalny pakiet upowazniajacy do wejscia na taras widokowy / do obserwatorium, ale podczas mojego pobytu pogoda nie rozpieszczala, a na gorze padal snieg z deszczem, wiec nie decydowalem sie na dodatkowy wydatki. Pomny wspomnien znajomych o gigantycznej kolejce w oczekiwaniu na przejazd na zwiedzanie Victoria Peak wybralem sie w niedzielny poranek, ale o godzinie 9 nie bylo zadnej kolejki na szczyt, w drodze powrotnej rowniez. Podejrzewam, ze wiekszosc osobo wolala sie wyspac czy zaszyc w cieplym lozku, bo aurat ewidentnie nie byla sprzyjajaca. Dla mnie niedziela byla ostatnim dniem pobytu w Hong Kongu, wiec nie mialem wielkiego wyboru.
Rowniez w niedziele natknalem się na zjawisko, o ktorym chcialem tutaj wspomniec. Otoz w centrum miasta, w przejsciach nadziemnych, na chodnikach czy poboczach lub wiekszych placach spotkac mozna bylo cale tabuny kobiet siedzacych w kartonowych miasteczkach. Nie wygladaly one w zadnym razie na bezdomne, byly normalnie ubrane, zadbane, czyste, plotkowaly, graly w karty, rozmawialy przez telefon, niektore robily sobie manicure czy czestowaly sie jedzeniem. Okazalo sie, ze sa to filipinskie sluzace, ktore w niedziele maja dzien wolny od pracy a poniewaz nie stac je na wyjscie do kawiarni czy kina, to koczuja w takich warunkach na miescie. W zyciu nie pomyslalbym, ze takie rzeczy maja miejsce w kraju wysokorozwinietym, a tu pelne zaskoczenie.
Poza opisana wyzej sytuacja wiekszych niespodzianek nie bylo, ewidentnie najbardziej reprezentacyjna w sensie handlowym ulica jest ciag w okolicach przystani promowej na wyspie Kowloon, gdzie w dlugim ciagu sasiaduja ze soba najdrozsze marki jak Louis Vuitton, Dolce & Gabbana, Versace, Gucci itd. Raj dla fashionistow i bogaczy, warto zobaczyc!
Podsumowujac, nie zobaczylem wiele odkrywczego, ale takze nie uwazam, ze byl to czas zmarnowany, zwlaszcza ze przetestowalem polaczenie dalekiego zasiegu linia Swiss i dodalem kolejne mile do mojej puli Miles & More. Predko w te rejony sie znow raczej nie zapuszcze, ale kto wie, jaki bedzie kolejny blad taryfowy? :)

Eau de Cologne / 11.12.2015 - 12.12.2015

Kolejny weekend i kolejna podróż, tym razem to ostatnia lotnicza wycieczka tego roku. Kierunek sam w sobie nie powala na kolana, ale decydując się na zakup promocyjnych biletów do Kolonii chciałem przekonać się na własnej skórze, ile prawdy kryje się w stwierdzeniach, że to miasto to klubowa Mekka Zagłębia Ruhry. Na sam pobyt w Koloni przeznaczyłem piątkową noc, w sam raz, by zrobić rozeznanie na klubowej mapie tej nadreńskiej metropolii i o poranku bezpośrednio po imprezie wrócić do Warszawy. Ot, takie fanaberie wiecznego singla, który nie ma co zrobić z wolnym czasem w weekend.
W piątek wieczorem stawiam się kilka minut przed godziną 20:00 w terminalu lotniska w Modlinie. Tradycyjnie dojechałem do Modlina pociągiem Kolei Mazowieckich a następnie skorzystałem z ich wahadłowego autobusu podwożącego pasażerów bezpośrednio pod wejście do słynnego "kurnika". Moja karta pokładowa zostaje zeskanowana przez pracownika ochrony, tym razem bardzo sprawnie przechodzę przez kontrolę bezpieczeństwa i nie muszę wysłuchiwać żadnych upomnień czy też pretensji firmy ochroniarskiej. W terminalu ruch jest całkiem spory, odlatują maszyny do Rzymu, nasze krajówki oraz rejs do Londynu Stansted. Nasz samolot Boeing 737 z Kolonii pojawią się na płycie lotniska przed czasem, boarding następuje wyjątkowo sprawnie i mogę zająć miejsc przy oknie po prawej stronie w końcowej części samolot. Maszyna jest mocno wypełniona, tym razem nie uda mi się bardziej rozłożyć moich długich nóg. :( Całe szczęście lot trwa niecałe dwie godziny. Załoga bardzo się spręża, następuje tradycyjna instrukcja bezpieczeństwa i startujemy na Zachód. Stewardessy i stewardzi tradycyjnie już dwoją się i troją, by wepchnąć pasażerom coś do jedzenia, picia lub inne badziewia masy wszelakiej. Tego typu oferty gier losowych powinny zostać zakazane i nie mieć miejsca podczas trwania lotów. Ale Ryanair jako tania linia potrzebuje zastrzyku gotówki z każdych źródeł, więc nie pogardzi żadnym groszem. Prognoza pogody podana przez kapitana kilka minut po starcie niestety się sprawdza, po wylądowaniu w Kolonii aura nie rozpieszcza, pada całkiem intensywny deszcz. Po wyjściu ze strefy dla pasażerów udaje się w stronę dworca kolejowego na stacji Cologne Airport, w automacie kupuję bilety do miasta, zwiedzam pobieżnie terminal i ruszam w tango.
Kiedy rano po imprezowej nocy wracam na lotnisko powoli budzi się ono do życia, czas nadrobić stracone w tańcu kalorie. Na taką sposobność doskonale przyda się zlokalizowana na antresoli restauracja McDonald's, gdzie zabawia ulubione tosty z Nutellą, serem oraz cappuccino. Jeszcze tylko wizyta w kiosku oraz na poczcie, by wysłać pocztówkę i przechodzę przez kontrolę bezpieczeństwa. Na monitorach pojawia się już tablica z informacja o numerze bramki, z której będzie odlatywać samolot do Modlina. Za szybą ciągle pada, ale niekorzystna aura nie wpływa na wykonywanie operacji lotniczych. Nasza maszyna po rejsie z Berlina SXF wysadza pasażerów na płytę a my czekamy na znak ekipy sprzątającej, że można już wchodzić na pokład. Nieco trwa, zanim pracownicy się uwiną, więc po raz kolejny lustruję sobie to całkiem przyjemne lotnisko. Pierwszy i ostatni raz byłe tam we wrześniu 2009 roku, kiedy wracałem z Ibizy. To były moje pierwsze samodzielne wakacje, rok wcześniej byłem na Gran Canarii, ale tą podróż zarezerwowałem z nieistniejącym już biurem podróży Scan Holiday. Rejs mija dość szybko, ale widoki za oknem do najmilszych nie należą, gdyż jak okiem sięgnąć jest pochmurno i pada deszcz. Około południa kapitan przyziemia na lotnisku Warszawa Modlin. Do zobaczenia! To był ostatni rejs w tym roku.

U cesarza w Wiedniu / 04.12.2015 - 05.12.2015

W piątkowy poranek około godz. 08:30 pojawiam się na Lotnisku Chopina. Pogoda w Warszawie jak na początek grudnia całkiem niczego sobie, na różowym niebie widać słońce. Kiedy wchodzę do terminala przy wejściu widzę pilota Aeroflotu palącego papierosa, właśnie trwa odprawa na ich rejs do Moskwy, podejrzewam, że mają nieco dłuższą przerwę i miał nawet czas, by wyjść z kokpitu i zaciągnąć się dymkiem przed terminalem. Kiedy we wrześniu leciałem do Tokio załoga od razu realizowała rejs powrotny. Tym razem lecę do Wiednia, ale połączenie będzie nietypowe, bowiem podróżuję grecką linią lotniczą Aegean z przesiadką w Atenach. Pewnie spora część osób popuka się w czoło, ale dla zapaleńców lotnictwa przelot tą linią to niezła gratka, gdyż jako jedna z nielicznych linii w Europie serwuje ciepłe posiłki i darmowy alkohol pasażerom klasy ekonomicznej. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że bilet na trasie WAW-ATH-VIE kosztował około 30 euro, a łączny czas podróży wynosił niemal tyle, co podróż pociągiem, a do tego mam możliwość zebrania mil w programie Miles & More i skorzystania z saloniku biznesowego linii Lufthansa podczas przesiadki w Atenach, to nic dziwnego, że zdecydowałem się na takie połączenie. Odprawa na rejsy linii Aegean już się rozpoczęła, ale w kolejce nie ma jeszcze wielu podróżnych, a otwarte są trzy stanowiska. Miejsca na moje rejsy wybrałem podczas odprawy internetowej (otwiera się na 48 h przed odlotem), teraz odbieram jedynie kartę pokładową – ciekawostka, że jest jedna wspólna karta na dwa loty. Niestety, okazuje się, że jej wygląd jest tak samo nieatrakcyjny jak wygląd karty otrzymanej na lotnisku na Santorini na mój rejs do Aten. Cóż, muszę przyznać, że boarding pass wydrukowany przy odprawie on-line prezentuje się zdecydowanie lepiej, jest kolorowy i bardziej czytelny. Ale to chyba tylko jedna niedogodność, do której się przyczepię.
Po przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa usadawiam się w pobliżu wyjścia numer 38, skąd będzie odlatywał nasz Airbus A320 do Aten. Zajmuję miejsce na wprost płyty lotniska i obserwuję ruch na niej. W pewnym momencie moją uwagę przykuwa samolot izraelskich linii lotniczych El Al, które to słyną z rygorystycznej kontroli pasażerów i przykładają niezwykłą wręcz wagę do ochrony i bezpieczeństwa. Korzystając z wolnego czasu specjalnie przechodzę w stronę stanowiska, z którego odbywać się będzie Boarding maszyny odlatującej niebawem do Tel Avivu. Tak jak się tego spodziewałem przy wejściu do gate’u stał specjalny agent odpowiadający za dany rejs. Szczegółów nie mogłem już dojrzeć, gdyż odlot miał miejsce ze strefy non-Schengen, a Grecja jak na razie nie wyszła poza ten układ. Mój samolot punktualnie pojawia się na płycie, najpierw wychodzą pasażerowie rejsu z Aten, a później nadchodzi czas na pobieżne sprzątanie, który jedna ze stewardess wykorzystuje na drobne zakupy w strefie wolnocłowej. Planowo rozpoczyna się nasz boarding, przy stanowisku znajduje się kilkanaście dziewcząt, które dopiero uczą się pracy na lotnisku. Mają okazję przetestować swoją wiedzę, ponieważ jedna z pasażerek ma spory nadbagaż i uiszcza dodatkową opłatę w euro. Zajmuję moje miejsce 4F, pierwszy rząd za klasą biznes, tradycyjnie miejsce przy oknie po prawej stronie tak jak lubię. Urocze stewardessy o śródziemnomorskiej urodzie w granatowych sukieneczkach z pomalowanymi na czerwono ustami witają pasażerów dźwięcznym greckim „Kalimera!”. Panie z personelu pokładowego mają w sobie dużo czaru, stale się uśmiechają, zagadują podróżnych, na pewno nie zachowują się sztywno czy nieprzystępnie, co już na początku rejsu poprawia humor. Pasażerów nie ma zbyt wielu, ale akurat mój rząd jest w całości wypełniony. Miejsca na nogi jest sporo, na to nie mogą narzekać, ale kiedy tuż obok mnie miejsca zajmuje grecka rodzina z dwójką małych dzieci zaczynam się bać. Całe szczęście, że rodzicom udaje się je jakoś zająć, więc nie hałasują tak bardzo ani nie płaczą na cały głos w trakcie lotu. Kiedy wszyscy pasażerowie zajęli już swoje miejsca, z kokpitu płynie głos kapitana Grecosa Leonidasa (sic!), który podaje klasyczny komunikat na temat naszego rejsu i czasu jego trwania, a zaraz potem na małych wysuwanych monitorach zaprezentowana zostaje instrukcja bezpieczeństwa w formie video. Stewardessy sprawdzają, czy wszyscy są zapięci a przy okazji rozdają małe cukierki / landrynki w srebrnej folii z ciemnoniebieskim logo linii. Nasza maszyna jest już gotowa do startu, zostajemy wypchnięci i kołujemy do progu pasa. Niestety, tak jak się domyślałem, tym razem startujemy w kierunku wschodnim, nie będzie mi się dane delektowanie się widokami warszawskiej panoramy z wieżowcami w tle. Powoli wznosimy się w górę i niebawem osiągamy naszą wysokość przelotową. W oczekiwaniu na serwis sięgam do magazynu pokładowego, jest on bardzo ładnie wydany, w aktualnym numerze znaleźć można m.in. wskazówki na temat miejsc wartych odwiedzenia w kilku miastach z siatki przewoźnika, jest też wywiad z Polką, która opowiada o życiu w Warszawie i promuje nasze miasto stołeczne. Jeszcze nie zdążyłem się dobrze wczytać w treść, a już pojawiają się stewardesy z wózkiem z napojami zimnymi (wybieram sok pomarańczowy) oraz z daniem obiadowym. Tacka po rozpakowaniu ujawnia swoją zawartość: jest sosik pomidorowy z mielonymi pulpecikami, ziemniaczki, bułeczka, serek President, kostka masła, krakersy oraz dwa słodkie ciastka Digestive. Kolejny serwis to już ciepłe napoje, tym razem decyduję się na ulubioną kawę i wracam do lektury magazynu, a następnie zakupionej w Berlinie książki na temat języka niemieckiego. Za oknem widać górską panoramę Tatr, później przelatujemy nad Bałkanami a na koniec na wodami Morza Egejskiego. Pogoda cały czas dopisuje, nie ma żadnych turbulencji, lądowanie również wykonane bardzo profesjonalnie, oby tak dalej; planowo kwadrans przed godziną czternastą ląduję w Atenach. Lotnisko jest sporych rozmiarów, dość dużo czasu zajmuje nam dotarcie na miejsce postojowe i dojazd autobusem do terminalu. W końcu jestem na greckiej ziemi, mam około dwie godziny dla siebie, czas na wizytę w Lufthansa Business Lounge, po raz kolejny posiadanie srebrnej karty Miles & More niesie za sobą wymierne korzyści. W recepcji saloniku uprzejma pani skanuje kartę pokładową oraz kartę Miles & More i zaprasza mnie do degustacji Gluehwein oraz Weihnachtsstrudel. W końcu Lufthansa to niemiecka linia, a w tamtym kraju adwent pielęgnuje się w wyjątkowy sposób. Dobrze pamiętam, że kiedy leciałem dwa lata temu Lufthansa na trasie Sao Paulo – Frankfurt szef pokładu wręczył mi ciasteczka adwentowe przygotowane z myślą o pasażerach klasy biznes, to chyba najmilszy gest, jaki dotychczas spotkał mnie ze strony personelu latającego. No, może poza upgradem do klasy Premium Voyageur w Air France podczas powrotu z mojej dziewiczej podróży za ocean z księżniczką Martą na trasie LAX-CDG – ale upgrade’u dokonał pracownik obsługi naziemnej, więc to się nie liczy :-P Salonik dzieli się na dwie części przedzielone od siebie kuchnią i zapleczem. Jest zdecydowanie mniejszy niż warszawski Polonez, ale też można znaleźć w nim inne rarytasy dla podniebienia, w menu królują specjały regionalne kuchni greckiej, niebo w gębie! Jest m.in. jogurt z miodem i orzechami, jabłecznik zapiekany na ciepło, małe kanapki, zupa krem, sałatka grecki, oliwki oraz pulpeciki i zapiekanki czy tarta ziemniaczana. Do kawy można dodać jeden z trzech syropów Monin (karmelowy, orzechowy lub waniliowy), są także owoce i bardzo szeroki wybór alkoholi, zimnych napojów i prasy międzynarodowej, lubię te chwile słodkiej dekadencji spędzane w saloniku. Tradycyjnie już byłem tam najmłodszym gościem i zaniżałem mocna średnią wieku, bo klasyczny bywalcy to siwi podtatusiali Niemcy. Za kwadrans powinien rozpocząć się Boarding na mój rejs do Wiednia, a przede mną jeszcze kontrola bezpieczeństwa. Ateńskie lotnisko jest bowiem zbudowane dość specyficznie, najpierw odbywa się jedynie weryfikacja kart pokładowych i wchodzimy do strefy duty free z lokalami gastronomicznymi, a dopiero głębiej znajduje się strefa ze stanowiskami do kontroli. Kolejka jest spora, ale i stanowisk dużo, kilka minut później ruszam już bezpośrednio do bramki 28 na dolnym poziomie. Taka mała dygresja – kuwety, do których wkłada się swoje przedmioty osobiste są koloru pomarańczowego a ich sponsorem jest portal Air Fast Tickets. To ten pośrednik, dzięki którego błędom w ubiegłym roku mogłem tanio podróżować po świecie. Było minęło, ale co zobaczyłem, to moje.  
Kiedy docieram do właściwej bramki okazuje się, że boarding jeszcze się nie rozpoczął, zajmuję zatem miejsce w formującej się właśnie kolejce. Obsługa lotniska już rozpoczęła swoją pracę, przy bramce pojawił się także funkcjonariusz greckiej policji czy straży granicznej i weryfikuje niektóre paszporty. Tym razem o dziwo moim nie jest zainteresowany, a zazwyczaj to właśnie ja jako ten samotny podróżujący byłem dokładniej sprawdzany. Na odcinku Ateny – Wiedeń podróżnych jest znacznie więcej, zostają podstawione dwa autobusy, które podwożą nas do samolotu. Tak samo jak i o poranku zostaję uprzejmie powitany przez uśmiechnięty damski personel pokładowy, zajmuję wybrane wcześniej miejsce 8 F i czekam, aż zbierze się komplet pasażerów. Tak się składa, że środkowe miejsce po mojej lewej stronie pozostaje wolne, ale kilka minut po starcie przesiada się na nie nastolatka podróżująca z rodziną, bo chciała na chwilę uwolnić się od młodszego brata, który nie dawał jej spokoju. Jak już wcześniej wspomniałem na pokładzie samolotów linii Aegean miejsca jest w sam raz, więc nie stanowiło to dla mnie większego problemu. Kilkanaście minut po starcie wlecieliśmy w chmury i zaczęło nami lekko telepać. W celu ukojenia skołatanych nerwów do obiadu zamówiłem buteleczkę białego wina (to juz mój trzeci ciepły posiłek tego dnia) i skupiłem się na dalszej lekturze książki, którą wziąłem ze sobą do podroży („Der Dativ ist dem Genitiv sein Tod” -Band 6). Po około dwóch godzinach lotu, kiedy za oknami jest już zupełnie ciemno, rozpoczynamy zniżanie do lądowania na wiedeńskie lotnisko Schwechat. Mamy 4 grudnia, dopiero teraz dochodzi do mnie, że równo rok temu startowałem stamtąd w podróż do Stambułu a dalej do Teheranu, jak ten czas szybko leci!
W Wiedniu parkujemy bezpośrednio przy terminalu i wchodzimy do środka przez rękaw, dzięki czemu oszczędzamy cenny czas. Za kilka minut wybije godzina 18:00, miło byłoby szybko znaleźć się w centrum austriackiej stolicy. Lotnisko prezentuje się bardzo nowocześnie, przed rokiem odlatywałem ze zdecydowanie starszej części. Najbardziej urzeka mnie elektroniczna tablica przylotowa, która wyświetlana jest na tle rozsuwanych drzwi, w których pojawiają się przylatujący pasażerowie. Liczba osób oczekujących na swoich bliskich jest imponująca, nie spodziewałem się, że będzie aż taki ruch. W automacie na lotnisku nabywam bilety na przejazd autobusem Post Bus za 8 euro do centrum Wiednia, autobus zatrzymuje się przy dworcu Westbahnhof, a naprzeciwko niego znajduje się hotel Fürstenhof, w którym zatrzymuję się na jedną noc. Mam jeszcze prawie 20 minut do odjazdu autokaru, przechodząc obok McCafé dostrzegam plakat z aktualną ofertą kawiarni. Brzmi kusząco, bo mają w asortymencie japoński specjał matcha latte. Chwilę później delektuję się już zielonym naparem, jak błogo!
Przejazd autokarem spod poziomu przylotów (przystanki są bardzo dobrze oznaczone) do dworca Westbahnhof trwa około 45 minut, co jest konkurencyjnym czasem wobec dojazdu kolejka S-Bahn i następnie metrem, a cenowo wychodzi jedynie niecałe 2 euro drożej. Dotychczas zawsze dojeżdżałem na lotnisko pociągiem, ale ponieważ zależało mi na czasie i unikaniu przesiadek, to zdecydowałem się na takie właśnie rozwiązanie. Kilka minut po godzinie 19:00 jestem już w hotelowym pokoju, czas na krótki odpoczynek i można ruszać w miasto. Chyba pierwszy raz jestem w takim stylowym secesyjnym pokoju, tak właśnie wyobrażałem sobie zawsze typowe wiedeńskie wnętrza. W piątkowy wieczór większość supermarketów jest już zamknięta, nie zrobię zatem zakupów spożywczych w Billi, które zawsze są niemal rytuałem podczas mojego pobytu w Wiedniu. W małym markecie na dworcu kolejowym zaopatruję się jedynie w wodę mineralną i ruszam na spacer wzdłuż pięknie oświetlonej ulicy Mariahilfer Strasse. Na ruchliwym w ciągu dnia deptaku o tej porze jest juz pustawo, przemykają pierwsi imprezowicze, czynne są jedynie nieliczne lokale gastronomiczne, można w spokoju delektować się oknami wystawowymi z motywami świątecznymi. Zbaczam nieco ze szlaku i odbijam w bok na prawo przy stacji metra, teraz jest już bardziej kameralnie a uliczki są sporo węższe i mają bardziej lokalny charakter. Szybkim krokiem docieram do opery, jej pięknie oświetlony gmach  góruje nad okolicą. Mijam Albertinę, postój dla dorożkarzy, w powietrzu czuć charakterystyczny zapach sami wiecie czego, całe szczęście, że sprzątanie odbywa się na bieżąco. Docieram do rezydencji Hofburg, niemal naprzeciwko znajduje się kawiarnia Starbucks Coffee stylizowana na lokal z epoki. Pamiętam dobrze, że czekałem tam na moją koleżankę, u której zatrzymałem się w Wiedniu podczas jednej z moich wizyt w 2009 roku. Jeszcze tylko kilka kroków i docieram na Graben, w oddali migocą światła na wystawie butiku marki Louis Vuitton, mijam tzw. „kolumnę morową” i już widzę kolorowy dach katedry Stephansdom. Przy placu tam gdzie ostatnio znajduje się też cukiernia Aida, którą to odwiedziłem przy mojej pierwszej wizycie w stolicy Austrii, wtedy też dość dokładnie zwiedziłem miasto, tym razem bowiem ograniczyłem się do życia nocnego, zakupów lokalnych przysmaków, kawy Wiener Melange i krótkich spacerów. Po drugiej stronie mieści się zaś jeden z lokali popularnej sieci Trześniewski, która słynie z wybornych kanapek. Jak sugeruje nazwisko twórcą idei sprzedawania kanapek w stylu „fast food” był Polak. Czas wracać do hotelu i przygotować się na wieczorną imprezę. Co jak co, ale tego sobie nie odpuszczę, zwłaszcza że do tej pory bawiłem się w Wiedniu tylko raz w klubie Passage, bo jakoś nie było więcej okazji ku temu.
Poranek po imprezie wcale nie jest leniwy, mój styl imprezowania nie powoduje kaca czy ciągów alkilowych, więc po tanecznej nocy na parkiecie ochoczo wstaję kilka minut przed 8 rano i zbieram się na wymarz do miasta. Pogoda jest cudna, świeci słońce, jest ciepło jak na początek grudnia, impreza była udana, zatem humor dopisuje. Na pierwszy ogień idzie McTost Deluxe i espresso, by dobrze się pobudzić do biegania po mieście, które za dnia wygląda jeszcze bardziej uroczo niż nocą. Po uzupełnieniu kalorii spaceruję dalej, by dotrzeć do katedry mijając po drodze najważniejsze wiedeńskie zabytki. Czas na wizytę w tradycyjnej wiedeńskiej kawiarni, wstępuję do Savoy Café, która może poszczycić się największych lustrem w Europie znajdującym się we wnętrzach. Siadam przy marmurowym stoliku, tuż za mną znajduje się wspomniane lustro, jego ogromne wymiary robią wrażenie. Wystrój jest bardzo elegancki, ale atmosfera w żadnym razie nie jest sztywna. Nieopodal znajduje się jarmark świąteczny a w soboty organizowany jest targ staroci, toteż klientela jest dość różnorodna. Wiener Melange smakuje wybornie, jestem rozgrzany i ruszam w dalszą drogę. Po drodze mijam licznych turystów, znaczna ich część pochodzi z Włoch, nie ma się czemu dziwić, bo to sąsiadujące ze sobą kraje. Jeszcze raz, ale tym razem w blasku słońca, podziwiam biały gmach muzeum Secesji ze złotą kopułą i łacińskimi inskrypcjami. Następnie robię rundkę przy Hofburgu i docieram na plac przy katedrze, który o tej przedpołudniowej porze jest już szczelnie wypełniony spacerowiczami. Tuż obok rozpoczyna się zakupowa aleja Kärtenstraße, gdzie znaleźć można butiki topowych światowych marek. Jest także biuro mojego poprzedniego pracodawcy Qatar Airways, ale w soboty jest ono zamknięte, więc nie zobaczę, jak koledzy się tam urządzili. Teraz nadszedł czas na małe zakupy spożywcze, na pierwszym miejscu na liście są oczywiście Mozartkugeln, wafelki Manner, tradycyjnie Coca Cola Vanilla, zaciekawiła mnie też m.in. pasta marchewkowo-chrzanowa. Patrzę na zegarek, czas wracać do hotelu, wymeldować się i szykować do odjazdu. Mój pociąg IC Polonia do Warszawy odjeżdża o 13:34 z dworca Westbahnhof. Skład był podstawiony już na godzinę przed odjazdem, czas ten wykorzystałem na kolejną wizytę w ulubionym McDonald’s, by zasmakować bananowego shake’a czy ciastka jagodowo-waniliowego. Jeszcze tylko wysyłam na poczcie pocztówkę i zajmuję wygodne miejsce w pociągu. Przede mną 8 godzin podróży do stacji Warszawa Centralna. W taką podróż chcę wyruszyć…

Marrakech 5:30 & Barcelona 0:30 / 24.11.2015 - 29.11.2015

W późny poniedziałkowy wieczór na stacji metra Młociny pakuję się na pokład Polskiego Busa i ruszam po raz kolejny do Berlina. Niemiecka stolica nie jest jednak celem mojej podróży, wyruszam bowiem do Marrakeszu, ale jak to już niejednokrotnie bywało korzystam z linii easyJet, która to oferuje bogatą siatkę połączeń z lotniska Schönefeld. Do wyjazdu zainspirował mnie utwór "Marrakesz 5:30" naszej topmodelki z lat 90. Agnieszki Maciąg, która próbowała swoich sił także jako wokalistka. Noc spędzona w czerwonym autobusie do najwygodniejszych nie należy, pewnie ma na to wpływ fakt, że od Łodzi w autokarze jest niemal komplet pasażerów, co znacznie ogranicza komfort podróży. Ale skoro za bilet na tej trasie zapłaciłem jedyne 15 zł (kupowane chwilę po wgraniu nowej puli do systemu rezerwacyjnego PB), to już więcej się nie czekam. Jest słoneczny listopadowy wtorkowy poranek, słońce powoli wstaje na różowym niebie, nieco zimno, ale fakt, że za kilka godzin będę już na kontynencie afrykańskim wpływa na mnie kojąco. Kolejką S-Bahn docieram na Alexanderplatz, czas na poranną kawę i kolorowego lukrowanego pączka w Dunkin’ Donuts, później jeszcze zaplanowana wizyta i zakupy w Primarku oraz księgarni Thalia w pobliskim centrum handlowym Alexa. Berlin zawsze spoko!
Około godziny 11:00 docieram na stację w pobliżu portu lotniczego SXF. Najwidoczniej właśnie przyleciało dużo maszyn, gdyż spory tłumek ludzi mknie w odwrotną stronę. Mam jeszcze około 30 minut do rozpoczęcia odprawy, wykorzystuję ten czas, by przepakować mój bagaż podręczny w jedną wymiarową walizkę. Jak to zwykle bywa na tym lotnisku od razu rzucają się w oczy Polacy, kilka osób leci także moim rejsem do Marrakeszu. Dostaję wydrukowaną pomarańczową kartę pokładową od obsługi lotniska, przechodzę przez kontrolę bezpieczeństwa (tym razem moje dłonie były dodatkowo testowane pod względem kontaktu z materiałami wybuchowymi) i rozpoczynam dość nużące oczekiwanie na samolot. Na tym właśnie lotnisku numery wyjść są podawane dopiero niemal bezpośrednio przed boardingiem, nie można więc wcześniej przewidzieć, z której bramki odbędzie się boarding. Jestem już zaopatrzony w książkę, więc pozwalam sobie rozpocząć lekturę pierwszego rozdziału pozycji językoznawczej pt. „Der Dativ ist dem Genitiv sein Tod” i co jakiś czas kontroluję tablice z informacjami o odlocie. W końcu wyświetlony zostaje numer bramki i mogę przejść do kontroli paszportowej. Jeszcze tylko skanowanie karty pokładowej i oczekuję na Boarding. Pasażerów jest sporo, zapowiada się, że będzie małe opóźnienie, ale w powietrzu nadrabiamy stracone minuty i w Maroku lądujemy o czasie. Lot bardzo spokojny, serwis na pokładzie w porządku, załoga nie jest tak natarczywa jak u konkurencji, nie oferuje zdrapek i innego kramu co kilka minut. Przypadło mi miejsce w środku, więc okno pozostawało przez prawie cały lot poza zasięgiem mojego wzroku, dopiero pod koniec kiedy podchodziliśmy do lądowania mogłem pooglądać afrykańskich widoczków. Jeszcze przed lądowanie stewardessy roznoszą formularze wjazdowe, które trzeba wypełnić. Potrzebne są nasze podstawowe dane osobowe a także informacja o hotelu, w którym się zatrzymujemy, nic nadzwyczajnego. Po wyjściu ustawiam się karnie w kolejce do kontroli paszportowej, postępowała do przodu dość mozolnie, gdyż urzędnicy część informacji muszą przepisać do swojego systemu, niektórym także zadają kilka pytań o cel wizyty, proszą o okazanie potwierdzonej rezerwacji hotelowej itd. Akurat przede mną w kolejce stoi powracający do ojczyzny starszy Marokańczyk i jego pogawędka z pogranicznikiem trwa dość długo, kiedy nadchodzi moja kolej nie dostaję ani jednego pytania i mogę przejść dalej. Jeszcze tylko strażnik sprawdzi, czy pieczątko została wbita i można kierować się do taśmy z odbiorem bagażu. Podróżuję tylko z bagażem podręcznym i w końcu oficjalnie mogę postawić nogę na marokańskiej ziemi. Jest piękne popołudnie, słońce powoli chyli się ku zachodowi. W bankomacie wybieram lokalną walutę (dirhamy), którą od razu rozmieniam w okienku pocztowym nabywając dwa znaczki na widokówki do Polski. Teraz mogę już ruszyć do miasta zgodnie ze wskazówkami, które znalazłem w Internecie przed moim wyjazdem
Bezpośrednio sprzed lotniska do centrum Marrakeszu odjeżdża autobus numer 50, przejazd nim to wydatek rzędy, bilety nabywa się u kierowcy. Ja jednak mijam przystanek oraz parking i postój taksówek (o dziwo nikt mnie nie zaczepia i nie oferuje swoich usług!) i ruszam przed siebie w kierunku głównej drogi wiodącej do miasta, gdzie znajduje się przystanek lokalnej komunikacji ALSA i do głównego placu Jemaa El Fna można dotrzeć za 10 dirhamów. Po dotarciu do skrzyżowania z główną drogą trzeba przejść na drugą stronę ulicy i skręcić w lewo, następnie dojść do stacji benzynowej Afriquia i chodnik między dwoma pasami jezdni wyznacza tam umowny punkt, w którym zatrzymują się autobusy. Mnie interesuje linia numer 11, ale jak na złość przez dłuższy czas akurat ten numer nie przyjeżdża, ruszam więc do centrum miasta pieszo. Pogoda dopisuje, chodniki są szerokie, ładnie oświetlone, po około godzinie marszu jestem już na miejscu w medynie, teraz pozostaje mi znaleźć riad, w którym mam nocleg, co niestety pod osłoną nocy wydaje mi się niewykonalne. Tabliczki z nazwami ulic odnoszą się tylko do głównych arterii, większość wąskich uliczek pozostaje bezimiennych, wydrukowana mapka z adresem z Google Maps na niewiele się zdaje, trzeba zatem być zdanym na łaskę i niełaskę tubylców, którzy za możecie być pewni, będą sobie za taką usługę kazali słono zapłacić. Mój „przewodnik” zaśpiewał sobie sumkę 20 euro, potem skończyło się na 2 euro, ale nie dostał nic, bo pogonił go recepcjonista hotelu, w którym się zatrzymałem. Zostaję powitany tradycyjną marokańską herbatą „berber whisky” nalewaną do wąskiej szklaneczki z czajniczka i podawaną z kostkami cukru i listkiem mięty.  Siedzę na kanapie na parterze riadu i obserwuję trzech młodych Marokańczyków pluskających się w basenie, dokoła ustawione są palmy i zapalona aromatyczne świece, klimat niczym z „Baśni tysiąca i jednej nocy”.  Od razu przypominają mi się sceny z filmu „Yves”, bo właśnie w podobnych wnętrzach odpoczywał francuski kreator mody podczas swoich licznych pobytów w Marrakeszu i to tutaj w ogrodzie Majorelle zgodnie z jego wolą rozsypane zostały jego prochy.
Po odpoczynku przy herbacie recepcjonista prowadzi mnie na zewnatrz na najwyzsze pietro riadu, gdzie znajduje sie moja komnata. Jest cala urzadzona w orientalnym arabskim stylu, w oknach znajduja sie drewniane okiennice, drzwi sa bogato zdobione, a najwieksze wrazenie robi na mnie marmurowa lazienka z surowa posadzka i prysznicem. Jest dosc zimno, poniewaz w oknach nie sa zamontowane szyby i wieczorny chlod przenika do srodka, czym predzej wlaczam klimatyzacje, ale i tak noc spedzam w dresiku pod kolderka ;) Jest ciemna noc, ok. godz. 05:30 kiedy to budzi mnie muezim swoim donosnym nawolywaniem, ale jeszcze udaje mi sie zasnac, bowiem sniadanie serwuja dopiero od godz. 09:00. Pierwsze kroki kieruje na taras/dach budynku, z ktorego rozciaga sie widok na miasto. Caly Marrakesz wydaje sie byc niemal skapany w jednym czerwonym kolorze, jedynie niektore budynki sa kremowe lub szare. Panorama nie jest specjalnie imponujaca, wszystkie budynki zdaja sie byc tej samej wysokosci (oczywiscie oprocz minaretow), przewazaja pordzewiale dachy, na ktorych walaja sie roznego rodzaju smieci czy materialy budowlane. Kiedy jednak spojrzymy w druga strone mozna podziwiac majestatyczny lancuch gorski Atlasu, w oddali majacze pustynia, czuc ten afrykanski klimat. Po napawaniu sie widokami schodze do salonu i zajmuje miejsce przy stoliku, ktory wskazuje mi kelner. Jestem pierwszy, chwile pozniej do jadalni wchodza takze dwie starsze Francuzki w sportowy strojach, a pozniej pojawiaja sie jeszcze dwie pary malzenskie. Jak to zwykle bywaw takich miejscach jestem jedyna osoba podrozujaca samotnie. Oczekiwanie na posile trwa dosc dlugo, a nie ukrywam, ze odczuwam glod, bo poprzedniego wieczoru juz nie mialem okazji kupic czego na przekaske. Wreszcie pojawia sie aromatyczna kawa w dzbanuszku, do tego male nalesniki z dziemem, pieczywo, ciasto, banany oraz szklanka swiezo wyciskanego soku soku ze pomaranczy. Szalu nie ma, ale zawsze moge zaspokoic pierwsze pragnienie. Siedzac na dziedzincu pod palma podnosze wzrok do gory i lapie promienie slonca, ciekawe, jak odpoczywal tutaj Yves Saint Laurent.
Teraz juz czas, by ruszyc w miasto, musze przejsc kawalek waska uliczka, by dostac sie do glownej drogi, oczywiscie jestem atrakcja dla lokalnych „obszczymurkow”. Tutejsza mlodziez chyba w sporej mierze nie chodzi do szkoly, a czas spedza na krawezniku, na bazarze lub imajac sie dorywczo pracy fizycznej, takie odnosze wrazenie. Zaraz po dotarciu do glownej arterii miasta rzuca sie w oczy niesamowity gwar i chaos panujacy w komunikacji drogowej. Na drogach spotkac moza roznorakie pojazdy, sa rowery, motocykle i rozklekotane samochody, ale tez ryksze, dwukolki oraz osiolki i koniki ciagnace obladowane przyczepy. Przy przydroznych sklepach, warsztatach czy punktach uslugowych klebia sie zazwyczaj gapie, nikomu sie nie spieszy, panowie w swoich sukmanach pija tradycyjna herbate i glosno debatuja. Kiedy chce przejsc na druga strone ulicy okazuje sie, ze to nie takie latwe zadanie, ruch kolowy jest bardzo intensywny, a pieszy zdaje sie nie miec zadnych praw. Wreszcie udaje mi sie dostac na druga strone jezdni a tam czeka juz na mnie marokanski urzad pocztowy, gdzie moge wypisac i wyslac widokowki do Polski, po prawie dwoch tygodniach docieraja do Warszawy. Ruszam dalej w droge i pozwalam sie sobie zgubic w gaszczu kretych waskich uliczek medyny. Zagladam w zaulki i zakamarki, ale przez wysokie grube mury ciezko jest dostrzec slady codziennego zycia w tym miejscu. Podziwiam z zewnatrz bogato zdobiony Palaise de la Bahia, kilka meczetow i chyba tylko przypadkiem trafiam do miejsca, skad do glownego placu miasta Jemaa El Fna wiedzie juz prosta droga. Plac rzeczywiscie jest sporych rozmiarow, a spotkac na nim mozemy najrozmaitszych pseudoartystow, fakirow, naganiaczy, zebrakow i czarnoskorych handlarzy oferujacych podrabiane zegarki, apaszki czy torby z inskrypcja Louis Vuitton. Na kilka stoiskach wypatruje magnesow, mozna jest dostac juz za 10 MAD, czyli za rownowartosc 4 zl, co jest bardzo dobra cena. Tak tanie magnesy zdobylem chyba tylko w Odessie i w Rydze. 
Czas coś przekąsić, wybieram jedną z lokalnych restauracji nieopodal placu, zajmuję miejsce tuż przy ulicy, skąd oczekując na wegetariański tajin i whisky berber mogę obserwować barwne życie Marrakeszu. Po przeciwnej stronie ulicy wywiązuje się bójka między dwoma starymi handlarkami, kobiety szarpią się, wyzywają, uderzają po głowie, rozdziela je dopiero kilku mężczyzn. Babki na odchodne wygrażają sobie pięściami, tłumek gapiów wyraźnie dzieli się na dwie grupy, każda z krewkich niewiast znalazła zwolenników swoich racji. Nie mam pojęcia, co było przedmiotem sporu, mogę domyślać się tylko, że poszło o miejsce do targowania. Oprócz opisanego zajścia moją uwagę od jedzenia cały czas starają się oderwać przechodnie oferujące wszelkiego rodzaju towary, pamiątki, podrabiane szaliki, chusty, torby i inne akcesoria, pojawiają się także żebracy i innej maści oszuści. Radzę zachować szczególną czujność! Posiłek jest bardzo smaczny, naczynie jeszcze jest gorące i moja potrawa musi nieco odparować. Tak właśnie smakuje prawdziwe Maroko.
Komu w drogę, temu czas. W masakrycznym upale wracam do hotelu po mój bagaż i kieruję się w stronę przystanku autobusowego, wcześniej sprawdziłem, skąd odjeżdżają autobusy w kierunku lotniska. Oczywiście nie korzystam z lotniskowego o numerze 19, ale z linii numer 4, która wprawdzie nie podjeżdża pod sam terminal, ale zatrzymuje się w pobliżu lotniska a kosztuje znacznie mniej. Potwierdzam jeszcze u kierowcy, czy jadę w dobrym kierunku i jako jedyny biały w środku ruszam, w drogę, by po około 15 minutach jazdy wysiąść pod płytą portu lotniczego RAK. Jeszcze tylko ok. 10 minut spacerkiem, przejście przez parking i już jestem na terenie lotniska. Odprawy na rejsy odlatujące z Marrakeszu rozpoczynają się standardowo ok. 3 godziny przez planowanym startem, tak jest też i w moim przypadku. W tym miejscu podkreślę, że kolejka do stanowiska odpraw obowiązuje wszystkich bez wyjątku, nawet jeśli mamy wydrukowaną kartę pokładową. Otóż lotniska obsługa wspomniane karty sprawdza, a następnie je stempluje i podpisuje, a tak oznaczoną kartę przedkłada się po kontroli bezpieczeństwa przy kontroli paszportowej. Warto być zatem na lotnisku znacznie wcześniej, gdyż formalności trwają, mentalność arabska jest inna niż europejska, a kolejki potrafią być tam kilometrowe. Mnie sprawnie udaje się przedostać przez gąszcze oczekujących i jeszcze muszę się wyczekać na samolot, gdyż maszyna Ryanaira z Girony ma niewielkie spóźnienie. Na zewnątrz powoli robi się już ciemno, lecz wciąż jest jeszcze ciepło. W części dla oczekujących pasażerów znajduje się kilka kawiarni, ale ceny w nich w porównaniu z tymi na mieście są kosmiczne, obowiązującą walutą jest euro, a płatność kartą obowiązuje przy transakcjach powyżej pewnej granicy. W sklepie duty free nabywam marokańskie wino dla koleżanki, u której zatrzymam się na weekend w Barcelonie. Mam ze sobą coś do czytania, udaje mi się jakoś zabić czas. Wreszcie następuje boarding, w momencie tworzy się kolejka pasażerów rejsu o Girony. Od sezonu letniego Ryanair będzie obsługiwał to połączenie już z lotniska BCN, ja jeszcze nie mam tyle szczęścia, ale nie mogę narzekać, gdyż jak nigdy z lotniska zostanę odebrany przez dobrą znajomą. Muchas gracias, Kasia!
Wchodzę na pokład przez tylne drzwi, zajmuję przydzielone mi przez system miejsce w środku po lewej stronie i obserwują, jak moi współtowarzysze podróży radzą sobie z bagażem podręcznymi. Pomysłowość ludzka nie zna granic, walizki i torby są wypakowane do granic możliwości. Obok mnie siada starszy mężczyzna w arabskim stroju ludowy, ale chwilę po starcie zdejmuje z siebie beżową suknię i okazuje się, że pod spodem ma klasyczne eleganckie ubranie. W końcu pan leci do Europy. Lot przebiega bardzo gładko, nie odczuwam żadnych turbulencji, przez okna obserwuję światła mijanych po drodze miejscowości. Załoga tradycyjnie oferuje najróżniejsze usługi i namawia do zakupów na pokładzie, ale nie ma wielu chętnych. Po około dwóch godzinach lotu kapitan obniża pułap lotu i po przygotowaniu kabiny przez personel pokładowy rozpoczynamy lądowanie. Po pobieżnej kontroli paszportów (osobne stanowiska dla paszportów z UE) wychodzę na spotkanie Kasi, jak miło zobaczyć znajomą twarz! Wreszcie jest ktoś, kto na mnie czekał i specjalnie po mnie przyjechał, na parkingu czeka na mnie bowiem chłopak Kasi, który zabierze nas do ich mieszkania w Barcelonie.  Cieszę się bardzo na trzecią wizytę w tym hiszpańskim mieście, uwielbiam duże miasta położone nad morzem / oceanem, które tętnią życiem, dlatego tak bardzo podobało mi się Rio de Janeiro czy Tel Aviv. 

Najbliższy weekend to dla mnie okazja to spotkań ze znajomymi, wizyty w miejscowym oddziale mojego obecnego pracodawcy, szalone zakupy (akurat trafiam na promocję "Black Friday"), intensywne imprezy, ale także leniwe spacery brzegiem morza po plaży czy zanurzenie się w lekturze przy kawie z ulubionego Starbucksa na balkonie centrum handlowego z widokiem na port. Kocham takie weekendy!