LOT - Later Or Tomorrow, czyli nocny lot po kraju / 03.06.2018

W niedzielne pozne popoludnie niemal prosto z plazy w Sopocie autobusem linii 122 docieram do Portu Lotniczego im. Lecha Walesy w Gdansku. Mam jeszcze kilka minut do rozpoczecia odprawy mojego wieczornego rejsu LO 3826 PLL LOT do Warszawy, w toalecie przebieram sie z bardziej plazowego outfitu i chwile pozniej juz jestem przy stanowisku odprawy, gdzie otrzymuje karte pokladowa na moje polaczenie. Dawno mnie w Gdansku nie bylo, w tym czasie wprowadzono automatyczne bramki prowadzace do kontroli bezpieczenstwa: teraz wystarczy tylko zeskanowac kod kreskowy / QR i mozna ustawic sie w kolejce, nie ma juz tez pytan obslugi o kod pocztowy. Sama kontrola przebiega bardzo sprawnie, wiekszosc pasazerow o tej porze odlatuje tanimi przewoznikami do Wielkiej Brytanii i Irlandii, jest tez LOTowskie polaczenie do Krakowa z pominieciem Warszawy. Przechodze przez sklep wolnoclowy, ceny w nim przyprawiaja o zawrot glowy; zeby za opakowanie Ptasiego Mleczka placic 26 zl?!
Czekam cierpliwie na moj rejs, wedlug informacji na karcie pokladowej boarding jest zaplanowany na godzine 20:35. Rejs do Krakowa startujacy 5 minut wczesniej juz od dluzszego czasu widnieje jako opozniony, nagle zmienia sie takze status mojego rejsu do Warszawy, natomiast nie pojawia sie informacja na temat planowanej godziny wylotu. Kilka klikniec na smartfonie i juz wiem, ze rejs LO 3825 z Warszawy jeszcze nie wyruszyl do Gdanska, podobnie opoznione jest polaczenie do Budapesztu, na stronie Lotniska Chopina nie ma takze zadnej adnotacji o planowanej godzinie odlotu, trzeba czekac. O ile dla mnie godzina przylotu nie byla az tak bardzo istotna, to domyslam sie, ze wiekszosc pasazerow transferowych nie byla zadowolona z braku informacji. Oficjalnie nie wydano zadnego komunikatu glosowego dotyczacego znacznego opoznienia wymienionego rejsu, informacja o nieregularnosci byla widoczna jedynie na tablicy swietlnej, gdzie nie podano orientacyjnej godziny odlotu samolotu do lotniska docelowego, a ponadto przez pewien czas rejs ten w ogole nie byl widoczny w zestawieniu, co moglo sugerowac jego odwolanie. Pasazerowie kontynuujacy swoja podroz z lotniska w Warszawie zostali na dobra sprawe pozostawieni bez opieki i szczegolowej informacji. Wprawdzie przy stanowisku gate mozna bylo uzyskac ulotki z informacjami o przyslugujacych prawach zgodnie z rozporzadzeniem (WE) NR 261/2004 Parlamentu Europejskiego, jednak w zaden sposob nie mozna bylo swoich praw wyegzekwowac. Panie z obslugi handlingowej na lotnisku w Gdansku rozkladaly rece, ze nie sa one bezposrednio pracownikami linii lotniczej PLL LOT i nie sa wystarczajaco decyzyjne (w kwestii przebukowania utraconych polaczen czy tez zagwarantowania noclegu). W koncu ok. 23:30 na plycie lotniska pojawil sie opozniony Dash Q400 i niebawem rozpoczeto boarding. Pasazerow w progu wital szef pokladu pan Jakub Gronkiewicz, za sterami Dasha siedzi kapitan Marcin Zimon, ktory opoznienie uzasadnil koniecznoscia zamiany samolotu na warszawskim lotnisku. Boarding zostaje zakonczony, zajmuje moje miejsce 7D i jeszcze przed startem przegladam nowy czerwcowy numer magazynu pokladowego Kalejdoskop. Wkrotce nastepuje przygotowanie kabiny pasazerskiego do lotu, ma miejsce instruktaz bezpieczenstwa, swiatla w kabinie zostaja wygaszone i jestesmy gotowi do startu, kilka minut po polnocy wznosimy sie w powietrze. W samolocie jak to w Dashu jest bardzo glosno, mam miejsce mniej wiecej na wysokosci skrzydel, kiedy wiec otrzymuje moja porcje wody minteralnej i ustawiam ja na stoliku moge obserwowac wirowanie wody w plastikowym kubeczku :-P Cala podroz trwa zgodnie z zapowiedzia ok. 40 minut, nad Polska trwa piekna noc, lamiemy zasady ciszy nocnej na stolecznym lotnisku i lagodnie przyziemiamy na pasie startowym. Uff, to byl dlugi dzien! Dobranoc...

Litwo, ojczyzno moja - Palanga / 26.05.2018 - 27.05.2018


W sobotnie popoludnie melduje sie z mojego ulubionego Lotniska Chopina. Wprawdzie wypadu na Litwe nie planowalem, ale kiedy zobaczylem bardzo niska cene na trasie Warszawa – Polaga w ramach promocji Szalona Sroda w PLL LOT, nie musialem sie dlugo zastanawiac i zakupilem bilet na weekendowy wypad. Ten sezonowy kierunek w siatce LO pojawil sie juz w ubieglym roku, ale wtedy rozklad byl ustawiony pod pasazera przesiadkowego i samolot lecial do Polagi na nocowanie. Teraz zaś rejsy wykonywane są w godzinach popołudniowych i można swobodnie udać się nad Bałtyk na weekend.
Lot obsługiwany jest przez mały samolot typu Dash, delikatnie mówiąc nie przepadam za tą maszyną, ale nie ma alternatywy i muszę się przemęczyć tą godzinkę z kawałkiem. Na szczęście mimo burzowych chmur kapitanowi Andrzejowi Ogonowskiemu udaje się przez nie gładko przebić i szczęśliwie lądujemy w Połądze. Kilka minut przed nami wylądował rejs SAS z Kopenhagi, a z rejsowych przewoźników na tym lotnisku obecny jest jeszcze tylko airBaltic. Poza tym garstkę połączeń obsługują także niskokosztowi przewoźnicy jak WizzAir i Ryanair. Z lotniska do miasta kursuje autobus linii 100, jego kursy są bardzo nieregularne, ale na szczęście nie ma z tym problemu, gdyż są one uzależnione od rozkładu startujących i lądujących samolotów. Zdecydowana większość pasażerów lecących na tej trasie to Litwini, sporo z nich jest obecnych na stałe w Europie Zachodniej i zapewne korzystają z dogodnych połączeń przesiadkowych oferowanych przez LOTowski hub w Warszawie. Oprócz mnie do autobusu wsiada para koleżanek oraz dość karykaturalna para – on jest szczupły, wysoki i rudy, a ona niska i bardzo przysadzista, ale jak widać miłość nie wybiera. Ja zaś klasycznie sam… Autobus to chyba stwierdzenie mocno na wyrost, gdyż przejazd odbywa się mikrobusem, koszt biletu do Połągi na dworzec autobusowy położony nieco na uboczu miasta wynosi 1,40 euro w jedną stronę, podróż trwa ok. 10 minut, a bus rusza w dalszą drogę do Kłajpedy, czyli największego miasta w regionie. Pierwsze kroki kieruję do mojego pensjonatu Rest in Palanga, sympatyczna właścicielka nawet mówi po angielsku i ku mojemu zaskoczeniu prowadzi mnie do innego mieszkania, gdzie przygotowano dla mnie pokój na poddaszu. Bardzo mi się to nie podoba, bo jest ciasno i przede wszystkim niekomfortowo, ledwo mogę się wyprostować, ale w tym wypadku jest już „po ptokach”, gdyż wymagana była opłata z góry. Cóż, to tylko jedna noc, więc zagryzam zęby i po wąskich schodkach przypominających bardziej drabinę wdrapuję się na najwyższą kondygnację budynku. Po rozpakowaniu się czas wrzucić coś na ząb, ruszam do położonego tuż przy dworcu autobusowym supermarketu Maxima na małe zakupy. Na półkach można spotkać wiele polskich marek, większość z nich jest sporo droższa niż w Polsce, chociaż to chyba zasługa tego, że po wprowadzeniu euro ceny na Litwie poszły w górę i jest tam po prostu drogo. Niestety, tuż po wyjściu z centrum handlowego zaczyna się wiosenna burza. Rozpadało się na dobre, wobec czego wracam na poddasze i wyglądając przez okno podziwiam lokalną przyrodę, a kiedy tylko przestaje padać, wybywam na wieczorny spacer brzegiem nieco wzburzonego morza, a następnie spaceruję po drewnianym molo. Okazuje się, że akurat tego dnia w Połądze odbywa się festyn, na scenie w pobliżu wejścia na plażę występują gwiazdy czy uczestnicy litewskiej edycji talent show The Voice. Wzdłuż alejki prowadzącej ku morzu, przy rozstawionych straganach z mydłem i powidłem kłębią się tłumy miejscowych, ja omijam te kramy i poszukuję kawiarni z prawdziwego zdarzenia, a kiedy już ją znajduję okazuje się, że Cafe Vero jest zamykana już o 21:00,co w moim przypadku oznacza mniej więcej kwadrans. Wobec tego mocno zrezygnowany wracam do pokoju i zasypiam, ze snu budzi mnie później pokaz sztucznych ogni, ale na szczęście udaje mi się zasnąć dalej. Rano po wieczornych opadach deszczu nie ma już śladów, żwawo ruszam na plażę. Opalanie może być nieco kłopotliwe, gdyż piasek jest jeszcze zimny, ale w słońcu można opalać się także na stojąco czy też będąc w ruchu, z czym na powietrzu nie ma żadnego problemu. Popijam chai latte zakupione na wynos i rozglądam się po plaży. Towarzystwo jest bardzo zróżnicowane, sporo osób porozumiewa się ze sobą w języku rosyjskim. Po ok. 2 godzinach spędzonych nad morzem czas wracać, zabieram walizkę i kieruję się ponownie na dworzec, skąd nieco opóźniony bus 100 zabiera nas na lotnisko. Odprawa na rejsy SAS i PLL LOT już trwa w najlepsze, ale tym razem pasażerów jest zdecydowanie mniej. Sprawnie przechodzę przez kontrolę bezpieczeństwa i jestem już w mikroskopijnej strefie airside, gdzie powoli robi się tłoczno. Samolot z Warszawy przylatuje punktualnie a kapitan Dariusz Młodzianowski sprawnie pilotuje Dasha. Do zobaczenia na pokładzie!


Ale Meksyk, czyli Mexico Ciudad w weekend / 27.04.2018 - 30.04.2018

Przede mna daleki weekendowy wypad, wybieram sie do miejskiej dzungli za jaka uchodzi stolica Meksyku. Mniej wiecej rok temu udalo mi sie upolowac bilet na trasie Mediolan-Monachium-Mexico City za bezcen, pozostawalo dokupic dolot do Milano i powrot z Monachium (taka kombinacja byla tansza a poza tym zyskiwalem sporo czasu). Na lotnisku Malpensa (MXP) po odbiorze kart pokladowych moge rozgoscic sie w nowym lounge’u Lufthansy, rozmach, z jakim zostal stworzony robi wrazenie. Wnetrze jest bardzo przestronne, mozna skosztowac lokalnej kuchni a kawe i drinki serwuje najprawdziwszy wloski barista. Po solidnym posilku odpoczywam w fotelu przy deserze (ciasto czekoladowe) i popijam Aperol Spritz. Lot do Monachium jest opozniony o okolo pol godziny, ale na monachijskim lotnisku mam spory zapas czasowy a pilot nadrabia opoznienie w trakcie lotu. Przede mna kolejna wizyta w saloniku, przed dlugim nocnym lotem postanawiam sie odswiezyc, akurat to lotnisko oferuje taka mozliwosc. Boarding na moj rejs do MEX klasycznie jest dzielony na poszczegolne grupy, z racji mojego miejsa na przodze klasy ekonomicznej wchodze na poklad jako jeden z ostatnich pasazerow, miejsca na bagaz mam na szczescie pod dostatkiem. Na dlugich nocnych lotach przyjalem od niedawna strategie wybierania miejsc przy przejsciu. I tak nic nie zobacze przez okno, a nie mam problemow z wstawaniem czy tym, by nieco pospacerowac po pokladzie. Niestety, naleze do tych nielicznych pasazerow, ktorzy podczas lotu nie potrafia zasnac. Moge byc smiertelnie zmeczony w momencie startu, po oderwaniu sie samolotu od ziemi zmeczenie natychmiast ustepuje i zachowuje czujnosc. Chyba podswiadomie chce zachowac przytomnosc umyslu na wypadek ewakuacji, na szczescie takze i tym razem nie zachodzi taka koniecznosc i po osiagniecu wysokosci przelotowej samolot bezpiecznie sunal przez noc az do lotniska w Mėxico Ciudad. Blyskawicznie opuscielm poklad i kontrola paszportowa zajela mi jednynie chwile, w Meksyku nie sa pobierane odciski palcow, nie sa wykonywane fotografie, nikt nie zadaje zbednych pytan, musze jeszcze poczekac na bagaz rejestrowany, moja zolta walizka pojawia sie na tasmie w ostatniej kolejnosci, jest sobota ok. 04:30, metro kursuje dopiero od 06:00, wiec na dobra sprawe o tej porze nigdzie mi sie nie spieszy. W mikroskopijnej toalecie probuje sie nieco odswiezyc i przywrocic do stanu uzywalnosci, pozniej korzystam z oferty lotniskowej restauracji McDonald’s, poranny zestaw sniadaniowy dobrze mi robi.
Wciaz jest ciemno kiedy kieruje sie do lotniskowej stacji metra, po lekturze relacji na wielu blogach kurczowo trzymam moj bagaz i pilnuje, by nikt mi w nim nie grzebal, metro w Meksyku uwazane jest za Mekke kieszonkowcow. Samo metro nie robi na mnie dobrego wrazenia, stacje sa dosc ponure, bardzo duszne, pociagi zas stare i zatloczone. Co mnie zdziwilo to fakt, ze nie istnieje tam zaden system zapowiedzi glosowych ani wizualnych, przed otwarciem i zamknieciem drzwi slychac jedynie glosny gong. Co wiecej, nazwy stacji nie sa dobrze widoczne z poziomu pasazera siedzacego czy stojacego w wagonie, trzeba zatem dokladnoie zaplanowac sobie podroz i miec sie na bacznosci. Po wyjsciu ze stacji w srodmiesiu uderza mnie lekki chlod, ale na pieknym rozowym o tej porze niebie juz pojawia sie slonce. W oddali widze juz szyld mojego hotelu Manalba, po drodze zatrzymuje sie jeszcze na kawke i donuta w ulubionym Starbucks Coffee, nie moglbym sobie darowac wizyte w tym lokalu. W Mexico City kawiarnie tej amerykanskiej siecowki znajduja sie niemal na kazdym rogu a ceny sa sporo nizsze niz w Polsce. Po zostawieniu bagazu w hotelu ruszam w miasto, slonce jest juz w pelni, ruszam na slynny plac Zócalo, ktory uznawany jest za najwiekszy plac na swiecie. To wlasnie na tym placu krecono ostatnia czesc przygod Bonda. Tak sie niefortunnie zlozylo, ze w trakcie mojego dwudniowego pobytu w Meksyku plac akurat byl ogrodzony, a na jego srodku pod namiotami rzymskimi znajdowaly sie stoiska reklamowe poszczegolnych krajow. W zwiazku nie bylo mi dane podziwiac pelnego rozmiaru Zócalo, ale nie przeszkodzilo mi to, by caly plac obejsc dookola, na krotka chwile zajrzalem takze do katedry, mimo iz nie jestem zwolennikiem spacerow po swiatyniach. Szczerze mowiac spodziewalem sie wiekszych tlokow na ulicach i chodnikach, na szczescie nic takiego nie mialo miejsca i swobodnie moglem podziwiac fasady kolonialnych budynkow. Bardzo podobal mi sie majestatyczny urzad pocztowy oraz gmach Palacio de Bellas Artes, ktory jeszcze ciekawiej prezentowal sie z gory. Panorame niekonczacego sie ogromnego miasta warto bowiem podziwiac z 38. pietra wiezowca La Torre Latinoamericana. W centrum miasta jest sporo wysokiego zabudowy, az nie chce sie wierzyc, ze miasto lezy w strefie aktywnosci sejsmicznej i nie tak dawno przez kraj przetoczylo sie silne trzesienie ziemi. Podczas moich spacerow po miescie nie moglo oczywiscie zabraknac uzupelniania kalorii przysmakami kuchni meksykanskiej, skosztowalem tacos, burrito czy soku z kaktusa, a wieksze zakupy spozywcze zrobilem w duzym supermarkecie Walmart zlokalizowanym nieopodal mojego hotelu.

W niedziele skoro swit (tym razem metro rusza o godz. 7 rano) udalem sie na polnocny dworzec autobusowy, skad autobusem dotarlem do Teotihuacan, gdzie odnalezc mozemy slady cywilizacji Aztekow w postaci Piramidy Slona i Piramidy Ksiezyca. Budowle stoja sobie w szczerym polu, z daleka wygladaja niepozornie, ale kiedy zdamy sobie sprawe, ze zostaly zbudowane przed setkami lat, kiedy obecna technologia nie byla dostepna, to bedziemy chylic czola ku tamtejszym budowniczym. Uwaga dla zwiedzajacych, stopnie na schodach piramid sa wysokie i strome, radze zabrac odpowiednie obouwie i odpowiednio stawiac stopy podczas wspinaczki, piekna widok z gory na pewno Wam to wynagrodzi. Po powrocie do miasta Meksyk udalem sie na kolejny dlugi spacer, tym razem jedna z najbardziej reprezentacyjnych ulic Paseo de la Reforma, cala aleja wysadzana jest pieknymi roslinami, bujnymi drzewami, znajdziemy tam laweczki, fontanny, wlasnie w tym miejscu spotkalem piekna wiewiorke, ktorej nie straszny byl obiektyw mojego aparatu ;) Przy ulicy mieszcza sie gmachy eleganckich sklepow, bankow, siedziby zachodnich korporacji, pieknym zwienczeniem Paseo de la Reforma jest zlota figura aniola umieszczona na cokole. Nieopodal znajduje sie wejscie do parku Chapultepec, zwany inaczej plucami miasta, do ktorego wlasnie zmierzalem; okazuje sie, ze to wlasnie tam skryla sie chyba cala populacja Meksyku, w alejkach mozna spotkac mnostwo rodzin z dziecmi, wzdluz sciezek ustawione sa stoiska z przekaskami oraz odpustowymi pamiatkami, to wlasnie tam nabywam magensy w kszatcie sombrero, na miescie o ladne pamiatki jest niezwykle trudno. W parku nie tylko mozna spacerowac, jest tez sporej wielkosci jezioro, po ktorym mozna plywac w wypozyczonych kajakach, w dalszej czesci znajdziemy takze ogrod zoologiczny, ale tam juz nie dotarlem. Moze jeszcze kiedys bedzie okazja wrocic, bo z pewnoscia Meksyk to nie tylko stolica, ale takze kurorty takie jak Cancun czy Acapulco. Tymczasem w poniedzialkowy poranek wracalem juz do Polski. Adios!

Sobota w Kijowie / 14.04.2018

W sobotni skoro swit melduje sie na stolecznym lotnisku im. Fryderyka Chopina, przede mna krotki jednodniowy wypad do Kijowa, na ktory czekal od niemal roku, kiedy to przewoznik Ukraine International Airlines zaoferowal pasazerow taryfe low cost dzialajaca na zasadzie first minute. Bilety w bardzo atrakcyjnych cenach mozna kupowac na okolo rok przed podroza, majac na uwadze, ze jest to najbardziej restrykcyjna taryfa, tylko z bagazem podrecznym, ktora nie umozliwa lotow z przesiadka w ramach jednej rezerwacji. Przy cenie ok. 160 zl za rejs powrotny bylem bardzo kontent z zakupu, jedyne co musialem zrobic, to uzbroic sie w anielska cierpliwosc, gdyz bilet na wylot w marcu kupowalem w kwietniu ubieglego roku. W tym czasie  ukrainski przewoznik wprowadzil dosc istotna zmiane: pasazerowie musza odprawic sie online i wydrukowac karte pokladowa, w przeciwnym razie za odprawe przy stanowisku pobranie zostanie dodatkowa oplata za wydrukowanie kart pokladowych, warto miec to na uwadze podrozujac liniami UIA. 
Boardig do samolotu w Warszawie ma miejsce przez rekaw, przy odprawie system na rejsie do Kijowa automatycznie przydzielil mi miejsce 5F, co bardzo mnie ucieszylo, gdyz jest to miejsce z przodu kabiny a na dodatek przy oknie po prawej stronie. Juz na pokladzie samolotu Boeing 737 okazalo sie, ze rzad piaty jest wyjatkowo feralny. Po raz pierwszy w zyciu okazalo sie bowiem, ze ledwo zmiescilem sie w moim fotelu. Mam 186 cm wzrostu, ale dotychczas nie odczuwalem nigdy tak bardzo ograniczonej przestrzeni, tutaj juz wchodzac do mojego rzedu zauwazylem, ze fotele sa w bardzo bliskiej odleglosci wzgledem rzedu czwartego, w ktorym przewoznik oferowal wieksza przestrzen na nogi i podejrzewam, ze to bylo tym wlasnie spowodowane. Odstep miedzy kolejnymi rzedami wygladal juz standardowo. Na powrocie mialem miejsce w rzedzie 23. i tam przestrzeni na nogi bylo wystarczajaco. Na szczescie rejs trwal nieco ponad godzine, wiec tak bardzo sie nie zmeczylem; podczas lotu obsluga serwowala platny catering, wygladalo to bardzo podobnie jak w PLL LOT jeszcze kilka miesiecy temu (obecnie poza woda mozna za darmo napic sie na pokladzie kawy lub herbaty i tradycyjnie poczestowac sie Prince Polo, ktore przez stewardessy dumnie jest nazywane „przekaska”). Po ladowaniu na lotnisku Borispol (KBP) bylem nieco zaskoczony, ze pilot nie dokolowal do terminala, zatrzymalismy sie na plycie lotniska i dotarlismy do hali przylotow autobusem. Podczas oczekiwania na przewiezienie do terminala mialem okazje obserwowac prace ukrainskich sluzb lotniskowych, bardzo intrygujaco wygladaja ciagniki z przyczepami, ktore transportuja bagaze, mozna sie poczuc jak na polu, gdzie praca wre a glowna rola w przedstawieniu odgrywaja traktory bialoruskiej produkcji, podobne rozwiazania widzialem juz dwa lata temu na minskim lotnisku. 
Do miasta docieram autobusem firmy Sky Express, ktory startuje sprzed hali przylotow, koszt dojazdu do stacji metra Charkowska to 60 hrywien, do glownego dworca kolejowego polozonego nieco dalej placimy 100 hrywien, bilety kupuje sie u kierowcy. Bezsposrednio po wyjsciu z autobusu trafiam na sowieckie blokowisko z wielkiej plyty, taki kijowski odpowiednik Ursynowa, przy glownej arterii biegnacej do miasta swoje stragany maja straganiarki z mydlem i powidlem, ja przeciskam sie przez spragnionych wrazen na przydroznym bazarze i docieram do oazy kapitalizmu, jaka jest znajdujacy sie tam McDonald’s. Mam szczescie, jest wczesny poranek i jeszcze jest tam serwowane sniadanie, zamawiam menu, w sklad ktorego wchodza kasza owsiana, naleniki i oraz kakao, calkiem pozywny zestaw na dobry poczatek dnia. Po konsumpcji czas spalic kalorie spacerujac po miescie, do scislego centrum docieram oczywiscie metrem, w kasie kupuje zeton za 5 hrywien i moge bez konca przemieszczac sie po tym podziemnym labiryncie, dopiero przy wyjsciu na powierzchnie i przejsciu przez bramki musialbym nabyc nowy zeton uprawniajacy mnie do kolejnego przejazdu – dopoki jestem w strefie peronowej, moge przebywam tam do woli. Z racji mojego zamilowania do kolei robie kilka przesiadek (Kijow ma 3 linie metra), odwiedzam najglebsza stacje metra na swiecie, za ktora to oficjalnie uznaje sie stacje Arsenalna. Wystroj stacji nawiazuje do czasow swietnosci Zwiazku Radzieckiego, mozna spotkac monumenty przedstawiajace sierp i mlot i inne symbole wladzy ludowej, taki relikt tamtych czasow. Po wyjsciu na powierzchnie (uwaga na szybko kursujace wiekowe schody ruchome) ponownie uderzam do McDonald’sa, tym razem jednak kieruje sie do McCafė, biore tylko kawe na wynos i rozpoczynam moj spacer po majestatycznym Chreszczytaku i Placu Niezaleznosci. Na Majdanie nie widac wiekszych sladow konfliktu zbrojnego z Rosja, na glownym placu miasta spotkac mozna kwiaciarki czy tez radosnych spacerowiczow robiacych sobie zdjecia z „zywymi’ maskotkami. W oddali polyskuja zlote kopuly Soboru Madrosci Bozej, przemieszczam sie zatem powolo w kierunku tej swiatyni, po drodze wstepuje jeszcze do urzedu pocztowego, skad do Polski wysylam zakupione wczesniej pocztowki. Odwiedzam takze supermarket Billa znajdujacy sie w centrum handlowym Globus, gdzie zaopatruje sie w lokalne przysmaki. 

Przechadzajac sie po Chreszczataku dostrzegam filie piekarni Lviv Croissants, gdzie wypiekane sa przepysze croissany z bardzo roznym nadzieniem. Zaraz jednak wybieram sie na obiad do Puzatej Chaty, a moj zoladek nie jest z gumy, pozostaje mi wiec tym razem obejsc sie smakiem. Wizyta w Pyzatej Chacie na Chreszczatyku to prawdziwa uczta dla mojego podniebienia, rozplywam sie nad barszczem ukrainskim i kotletem po kijowsku, na deser zas przenosze sie do kawiarni Love Coffee (lokalna sieciowka) znajdujacej sie na ostatnim pietrze Pinchuk Art Center tuz obok Rynku Besarabskiego. Przy wejsciu do budynku czeka w kolejce spory tlumek odwiedzajacych, nie jest to jednak kolejka do kawiarni, a do ­galerii sztuki, musze takze ustawic sie w kolejce i nieco poczekac, trzeba przejsc prze wykrywacz metalu i pokazac zawartosc swojego plecaka czy torebki. Za te drobne niedogodnosci jestesmy szczodrze wynagrodzeni po dotarciu winda na ostanie pietro budynku, cale wnetrze kawiarni jest utrzymane w bieli i ma bardzo futurystyczny design, na stolikach mozna ogladac archiwalne albumy Polaroida, a przez okna podziwiac panorame srodmiescia Kijowa i dachy sasiednich budynkow. Cala kawiarnia jest w nurcie eko, mozemy wybierac rozne rodzaje mleka organicznego dodawanego do kawy, ja wybralem moja ulubiona matcha latte i milo spedzilem czas delektujac sie zielonym napojem kontemplujac zdjecia z poprzedniej epoki. Wybija godzina 17:00, wiec powoli zbieram sie w droge powrotna na lotnisko, po drodze wstepuje jeszcze do sklepu MINISO, ktory dobrze znam z moich podrozy do Chin. Wprawdzie oferta na Ukrainie nie wydaje sie byc szczegolnie korzystna, ale w oko wpada mi maska do spania imitujaca misia, urzeka mnie od pierwszego wejrzenia i od razu laduje w koszyku, bedzie idealnie nadawac sie na kolejne dalekie podroze, a te mam juz starannie zaplanowane. Metrem ze stacji Teatralna docieram bezposrednio do dworca kolejowego, mam jeszcze nieco czasu do odjazu autobusu Sky Bus na lotnisko, wpadam na kolejna przekaske do KFC, male frytki, kawa i ruszam w droge. Tym razem jedziemy znacznie dluzej, bo prawie godzine, na pewnym odcinku trafilismy na spory korek, ktorego nie sposob bylo ominac. Jak zwykle mialem jednak spory zapas czasowy, wiec nie musialem sie nigdzie spieszyc. Na kijowskim lotnisku jeszcze przed wejsciem do terminala musimy poddac sie wstepnej kontroli bezpieczenstwa, sa bramki wykrywajace metal a nasz bagaz zostaje przeswietlony, miejmy to na uwadze planujac wylot z Kijowa (KBP), gdy procedura moze przyczynic sie do powstania dodatkowych kolejek. Wyjmuje wydrukowana wczesniej karte pokladowa, przechodze przez kolejna kontrole bezpieczenstwa i kontrole paszportowa, na szczescie pani kontrolujaca moj paszport nie pyta, dlaczego bylem w Kijowie tylko na 1 dzien ;) Mam sporo czasu dla siebie, lustruje tablice swietlne i kierunki, z ktorych wykonywane sa polaczenia lotnicze, pod wieczor dominuja kierunki wschodnie, na jesieni sam bede mial okazje przeleciec sie do Alma-Aty, ponownie na pokladzie linii UIA. Poki co kieruje sie na dolny poziom, skad bedzie odbywal sie boarding na moj powrotny rejs do Warszawy. Do WAW jest znacznie wiecej pasazerow niz na trasie do KBP, sadzac po paszportach, to pol na pol stanowia Polacy i Ukraincy. O dziwo start maszyny nastepuje planowo (wedlug serwisu Flight Radar maszyna codziennie lapala spore opoznienie), wylatujemy z Kijowa przy zachodzacym sloncu, lecimy prawdzie na zachod, ale kiedy ok. 20:30 ladujemy w Warszawie jest juz ciemno, nie udalo sie przechytrzyc praw fizyki. To byl bardzo mily dzien, oby wiecej takich wycieczek. :)

Punta Cana, czyli karaibski raj / 20.03.2018 - 24.03.2018

We wczesne wtorkowe popoludnie uciekam przed zimowa aura z Polski i na pokladzie hiszpanskiej taniej linii lotniczej LEVEL (spolka-corka Iberii) udaje sie na sloneczna Dominikane. Bilety na trasie Barcelona - Punta Cana - Barcelona w promocyjnej taryfie na start przewoznik oferowal w rewelacyjnej cenie ok. 160 EUR, wiec grzechem byloby nie skorzystac. Wprawdzie akurat Republika Dominikany nigdy nie znajdowala sie na mojej liscie kierunkow do odwiedzenia, ale tak to juz jest, ze czasem kolejne destnacje wyznaczaja oferowane promocje czy bledy systemow rezerwacyjnych, a po zapoznaniu sie ze zdjeciami plaz na Hispanioli nie mialem watpliwosci, ze dokonalem trafnego wyboru. To tez pierwszy raz, kiedy lece rejsem dalekiego zasiegu tania linia lotnicza: mam ze soba tylko walizke kabinowa i mala torbe podreczna, nie korzystam z platnego cateringu i nie moge takze dowolnie wybrac miejsca podczas odprawt on-line. Sama odprawa na lotnisku jest jednak darmowa, co u przewoznikow niskokosztowych raczej sie nie zdarza. Na poklad Airbusa A330 zostajemy podwiezieni autobusem, w tamta strone pasazerow nie na zbyt wielu, gdyz jest to przedostatni rejs na tej trasie, od nowego rozkladu LEVEL rezygnuje z lotow rozkladowych do Puntq Cany, niebawem za to otwiera swoja baze na paryskim lotnisku Orly i podejrzewam, ze czesc samolotow moze zostac zbazowana/przekierowana wlasnie tam. Samolot jeszcze pachnie nowoscia, jest czysty i zadbany, na pokladzie znajdziemy bezplatny i dosc bogaty system rozrywki pokladowej, mozemy obejrzec filmy, seriale czy posluchac muzyki - uwaga, konieczne jest posiadanie wlasnych sluchawek, w przeciwnym razie czeka nas wydatek 5 euro u obslugi. O samej obsludze nie moge niestety nic wiecej powiedziec oprocz faktu, ze byla - uwaga personelu pokladowego skupiala sie bowiem jedynie na tych pasaserach, ktorzy wczesniej zamowili sobie serwis lub tez postanowili skorzystac z oferty sprzedazowej podczas lotu. Rejs z Barcelony do Punta Cany trwa niemal 9 godzin, leci sie praktycznie caly czas nad oceanem, wiec i za szyba nic sie nie dzieje, ponadto na dlugich odcinkach pod nami klebia sie chmury; na szczescie nie wystepuja zadne turbulencje i moge rozkoszowac sie filmami i nieco drzemac w fotelu, po osiagnieciu wysokosci przelotowej zmienilem swoje miejsce z 30C na 15A, z przodu kabiny czuje sie zawsze bardziej komfortowo. Ladowanie ma miejsce o czasie, nad Dominikanq powoli zachodzi juz slonce i kiedy po zalatwieniu formalnosci wychodze z egzotycznego budynku terminala zapada zmrok. Wjezdzajac na Dominikane nalezy uiscic 10 USD oplaty za tzw. karte turysty, placimy gotowka nq lotnisku lub tez dokonujemy transakcji online, ja wybralem ten drugi sposob i moge go polecic, po kilku minutach od wypelnienia prostego wniosku i dokonaniu oplaty karta kredytowa na moj adres mailowy dostalem dokument PDF do wydrukowania i przedstawieniu urzednikowi po przylocie. Na pokladzie sa takze rozdawane dwa formularze do wypelnienia (pamietajmy zatem o dlugopisie!) a przy wyjsciu z hali przylotow skanowane sa wszystkie nasze bagze, nie mozna bowiem przewozic otwartej zywnosci, warto o tym pamietac. Z lotniska do mojego hotelu RD68 w miejscowosci El Cortecito (dzielnica Bavaro, wypoczynkowej czesci Punta Cany) docieram zamowionym wczesniej przez strone mozio.com samochodem, cena takiego transferu to niecale 7 USD, podczas gdy kierowcy taksowek na lotnisku zycza sobie 30-40 USD za ten krotki dystans. Po sprawnym zameldowaniu sie w hotelu (bardzo ladne butikowe wnetrze, gorzej juz z funkcjonalnoscia hotelu i jego niesamowicie leniwa i ospala obsluga), rozpakowaniu sie i odsiwezeniu ruszam do miasteczka, nieopodal znajduje sie ciag, w ktorym usytuowane sa lokale gastronomiczne, kawiarnia, maly supermarket czy sklepik z pamiatkami. Mimo opinii zawlyszanych na internetowych forach ceny na Dominikanie sa bardzo przystepne, nawet w markecie skierowanym typowo pod turystow (kroluja Niemcy i Amerykanie) ceny sa zblizone do tych w Polsce, zas w nowoczesnym supermarkecie w centrum handlowym Palmareal ceny sa naprawde bardzo atrakcyjne, z pewnoscia warto sprobowac karaibskiego rumu, mamajuany czy kawy Santo Domingo. Obowiazkowo polecam kazdemu sok wyciskany ze swiezych owocow (np. ananas, mango, marakuja, arbuz), mozna go nabyc juz nawet za 45-50 DOP (1 peso dominikanskie to ok. 0,070 zł, na Dominikane przywozimy dolary amerykanskie i wymieniamy je juz na miejscu na walute lokalna), cappuccino w kawiarni to raptem 70 DOP, 2 swieze wrapy z bogatym nadzieniem to wydatek ok. 115 DOP, tanie sa tez napoje jak CocaCola (35 DOP za 0,6 l), woda mineralna kosztuhe grosze; we wspomnianym markecie znajdziemy takze pamiatki i widokowki, niestety, tych nie ma gdzie wyslac, bo w kurortowej Punta Canie urzedu pocztowego ani samych skrzynek pocztowych nie zauwazylem. Jeszcze jedna istotna wskazowka dla podrozujacych na wyspe: gniazdka elektryczne sa w standardzie amerykanskim (mimo ze to byla hiszpanska kolonia, to blizej jej do USA) a przed podroza warto nauczyc sie podstaw jezyka hiszpanskiego, co bardzo ulatwia komunikacje z ludnosciw miejscowa i tym mozna zaskarbic sobie ich usmiech. Moj pobyt to codzienne wypady na piekna plaze uslana palmami, ktora ciagnie sie kilometrami, wiec kazdy znajdzie kawalek odpowiedni dla siebie. Plaze sa publiczne i otwarte dla wszystkich, lecz przed niektorymi obiektami hotelowymi przestrzen jest nieco ograniczona ze wzgledu na lezaki, parasole i infrastrukture obiektow. Oczywiscie korzystanie z owych dobrodziejstw dozwolone jest jedynie dla gosci hotelowych lub po uiszczeniu oplaty, ale bez problemu mozemy rozlozyc sie w cieniu palmy kawalek dalej. Nagabywaczy spacerujacych po plazy jest niewielu, oferuja oni zdjecia z papuga, malpka czy iguana oraz nurkowanie i przejazdzki lodka ze szklanym dnem. Z turystycznych rajow, ktore ostatnimi czasy mialem okazje odwiedzic, to wlasnie Dominikana podobala mi sie najbardziej. Wyspa jest najbardziej cywilizowana, nie wystepuja zagrozenia chorobami tropikalnymi, nie ma wiekszych roznic na tle kulturowym czy religijnym, plaze sa piaszczyste, woda krystaliczna, pogoda dopisywala (dopiero ostatniego dnia pobytu nieco padalo) a ceny bardzo przystepne. Jesli ktos mysli o beztroskim wypoczynku, to z pewnoscia dobrze trafil. ¡Hasta mañana!

Vivat Tel Aviv / 16.03.2018 - 18.03.2018

W piatek ok. godz. 03:30 na wrocławskim lotnisku z głośników rozbrzmiewa zapowiedź, ze odprawa na rejs pasazerow linii Polskich Linii Lotniczych LOT do Tel Avivu zostala otwarta. Otwieram ciezkie powieki po dosc malo komfortowej nocy na lotnisku i karnie ustawiam sie w kolejce, przede mna jest spora grupa wycieczkowa pielgrzymow w srednim wieku udajacych sie do Ziemi Swietej. Glos zabiera opiekunka stadka z biura podrozy, wszyscy w skupieniu sluchaja uwag doswiadczonej globtroterki, zwlaszcza ze czesc osob bedzie po raz pierwszy podrozowac samolotem. Dla mnie bedzie to juz trzecia wizyta w Izraelu, ciesze sie, ze ponownie moge odwiedzic to miejsce, wygrzac sie na bardzo dobrze zagospodarowanej plazy, zetknac sie z tak odmienna kulture oraz sprobowac przysmalow kuchni bliskowschodniej takich jak hummus czy falafel. Po wejsciu na poklad i zajeciu miejsca 3F okazuje sie, ze przod bedzie zajety przez grupke ortodoksyjnych Zydow przystrojonych w chalaty i kapelusze. Chwile po starcie panowie wstaja w przejsciu miedzy fotelami Boeinga 737-800 i rozpoczynaja na glos swoje rytualne modly, co spotyka sie z prosba zalogi pokladowej o bardziej ciche zachowanie i zwrocenie uwagi na pozostalych pasazerow, ktorzy zwlaszcza biorac pod uwage wczesna pore, chcielibh odpoczac. Modlacy sie panowie zupelnie nie reaguja na coraz bardziej stanowcze slowa zrezygnowanej juz szefowej pokladu pani Magdaleny Wisniewskiej, mam wrazenie, ze jeszcze na zlosc probuja przekrzyczec sie ze stewardessa, ale obywa sie bez interwencji kapitana, juz obawialem sie przymusowego ladowania po drodze, co z pewnoscia wywolaloby skandal dyplomatyczny, zwlaszcza ze ostatnio z Izraelem nasze stosunki nie wygladaja najlepiej. Po ok. 3 h 20 minutach lotu ladujemy na lotnisku Ben Guriona w Tel Avivie, znam juz jego konstrukcje, sprawnie i bez zwracania uwagi sluzb docieram do kontroli paszportowej, gdzie kolejka posuwa sie w slimaczym tempie, ale za to tym razem straz graniczna nie zamecza mnie pytaniami, odbieram walizke z tasmy i jestem juz na zewnatrz. W zwiazku z modernizacja trasy kolejowej pociagi do miasta w piatek nie kursuja, ale za to podstawiane sa darmowe autobusy zastepcze, ktory dowoza pasazerow do stacji Savidor w centrum miasta. Podczas mojego ostatniego pobytu w TLV takze korzystalem z tej stacji, juz bez pomocy mapy docieram do nadmorskiej promenady, po drodze wstepuje do supermarketu po male zakupy oraz zamawiam zestaw z hummusem i dodatkami w lokalnej knajpce. Po dotarciu do wynajmowanego przeze mnie apartamentu, odswiezeniu sie i przebraniu ruszam zwawo na promenade. Widac, ze rozpoczyna sie szabat i swietowanie, zewszad wychodza ludzie, bardzo duza ich liczba jezdzi na rowerach czy wrotkach. Slonce juz powoli zachodzi, przy kubku aromatycznej kawy podziwiam zachodzace slonce i spaceruje po zimnym juz piasku. W sobotni poranek najpierw zaopatruje sie w pyszne lokalne pieczywo (trojkatna bulka z topionym zoltym serem i oliwkami bardzo przypomina gruzinskie chaczapuri) i uderzam na plaze przy hotelu Hilton. Co mnie zdumiewa, to dosc swobodne podejscie Izraelitow do psow, ktore na plazy czuja sie jak u siebie i dokazuja na calego. Popoludnie spedzam na wedrowkach po starej czesci miasta zwanej Yafo, gdzie przy wiezy zegarowej zaopatruje sie w pyszny falafel. Ze wzgorza roztacza sie wspanialy widok na port oraz rozswietlona tysiacem barw promenade. Na wylocie z Izraela w niedziele znow podpadlem pracownikom lotniskowego wywiadu (przez tureckie pieczatki). Zirytowalo mnie wrecz pytanie szefa owej ochrony, ktory spytal, dlaczego znow do nich przylecialem, a nie np. do Wloch. Tym razem po raz kolejny zostala mi przydzielona kategoria 5/6 - to juz klasyka w moim przypadku, zatem moj bagaz zostal odpowiednio szczegolowo skontrolowany. Nizsze kategorie maja Zydzi oraz Polacy w grupach pielgrzymkowych ;) Shalom!

Daleki Wschód / 18.02.2018 - 24.02.2018

Drugi tydzien mojego urlopu przypadl na Azje, dzieki bledowi cenowemu linii Finnair mialem okazje po raz kolejny odwiedzic Daleki Wschod a miedzy pobytem w Chinach i Japonii odwiedzilem na 24 godziny Koree Poludniowa, gdzie akurat odbywaly sie zimowe Igrzyska Olimpijskie. Co wiecej, interesujacy patent opisany na forum Fly4Free pozwoli mi zalapac sie na darmowe miejsce w klasie Economy Comfort (podczas rejsow transkontynentalnych) z wieksza przestrzenia na nogi, sluchawkami wygluszajacymi halas oraz mala kosmetyczka. Samolot A350 na trasie HEL-PEK byl napchany do ostatniego miejsca, Chinczycy jak widac lataja bardzo intensywnie. Mialem zamowione posilki wegetarianskie i byly przepyszne, gdy patrzylem na ryz z kurczakiem i fasolka bardzo bylem zadowolon z faktu, ze zdecydowalem sie na taka opcje. Jako ciekawostke dla fanow podniebnych podrozy podam, ze finski przewoznik jako swoja specjalnosc serwuje sok borowkowy.

Po wyladowaniu w Chinach udalem sie do stanowiska transferu bezwizowego 24/144 h, przede mna byla rodzina z Polski, potem jakis Azjata, ja i chlopak z Czech, po wypelnieniu formularza (inny, niz ten rozdawany w samolocie) sympatyczny Chinczyk wkleil naklejke do paszportu i moglem juz udac sie do immigration.
Po zostawieniu walizki w hotelu w tradycyjnej dzielnicy hutongow ruszylem metrem na Plac Tian'Anmen i do Zakazanego Miasta. Akurat swietowano Chinski Nowy Rok, wiec spacerujacych bylo mnostwo, widac ze swietuja cale rodziny, ale kolejka szybko sie posuwala, na placu zaopatrzylem sie w mala chinska flage (czerowna z zolta gwiazda). Cale centrum bylo obstawione przez wojsko i policje, aby wejsc na scisly teren placu nalezy sie wylegitymowac oraz przejsc przez kontrole bezpiueczenstwa jak na lotnisku czy na stacjach metra. Podobali mi sie chinscy zolnierze/policjanci futrzanych czapach, zielonych plaszczach ze zlotymi guzikami i czerwona opaska z gwiazda - komunizm wiecznie zywy. Na pierwszy obiad w stolicy Chin wybralem moje ulubione pierozki z nadzieniem, pozniej pospacerowalem glowna ulica handlowa Wangfujing, znajdziemy tam McDonald’s, sklepy sieciowek typu H&M lub Zara, ale tez eleganckie domy mody i salony typu Louis Vuitton.  

Drugi dzien mojego pobytu w Pekinie rozpoczalem od wizyty w ZOO. Od samego rana dopisywala piekna pogoda, swiecilo slonce, mrozu nie bylo czuc, a sniegu na szczescie tutaj nie bylo. Zobaczylem nawet pande w akcji chrupania posilku. Niestety, sporo zwierzat (glownie tych z Afryki) nie bylo, byly kartki z datami kwietniowymi po chinsku, pewnie powroca na ekspozycje dopiero wiosna. Nie udalo mi sie zatem zobaczyc lwa,  ale za to byly kangurki (za szyba) i emu oraz lamy z Ameryki Poludniowej. Po ZOO udalem sie do Carrefoura, gdzie nakupilem cala siate przekasek, mleka sojowe i np. chipsy Lay's o smaku matchy. Po poludniu wybralem sie metrem do Silk Marketu, gdzie handluje sie podrabianymi materialami, na wszystkich stoiskach oprocz obslugi prawie nikogo nie bylo, wiec nic nie kupowalem. Na gornym poziomie znalazlem sklep z pamiatkami, ceny na poczatku oczywiscie byly kosmiczne, w koncu kupilem 2 magnesy po ok. 15 zl za sztuke, widokowki zas byly bardzo brzydkie a kobieta za dwie chciala prawie 50 zl, wiec z miejsca podziekowalem, potem cena spadla na 10 zl, ale uwazam, ze jak na taki biedny kraj, to przesada, skoro w Europie Zachodniej sa po pol euro. W drodze powrotnej odwiedzilem swiatynie Lamy, po drodze trafilem na lokalne knajpki z tybetanskim jedzeniem

Bardzo miło wspominam rejsy koreańską linią Asiana (PEK-INC i INC-KIX), w powietrzu bylismy ok. 1 h 30 minut i w tym czasie podano obiad a potem jeszcze gorace napoje. Koreanskie stewardessy ze swoim bialym makijazem wygladaly niczym porcelanowe laleczki i co warte zauważenia calkiem sprawnie porozumiewaly sie po angielsku, co w Azji nie jest takie oczywiste.
Sam Seul również bardzo mi sie podobal, miasto jest cale w światłach i reklamach, miasto zyje do pozna, na kazdym rogu znajdziemy sklepy typu convenience store (Family Mart czy Seven Eleven) i kawiarnie, mój ulubiony Starbucks Coffee jest niemal wszedzie. Na kolacje zajrzałem do McD, gdzie zjadlem klasycznego burgera oraz zupke kukurydziana. Jako pamiątkę kupilem sobie breloczek Hello Kitty, Azjaci lubuja się w tych kreskowkach :) Drugiego dnia pobytu odwiedziłem posiadłość cesarską Deoksugung  a nastepnie udalem się na intensywny marsz po sklepach z kosmetykami (koreańskie maski na twarz to cos wspanialego). Przed odlotem udalo mi się jeszcze spróbować kimchi z ryzem i jajkiem w lokalnej restauracji znajdującej się w pobliżu mojego Top Hotelu. Na deserek zaś na lotnisku wpałaszowałem jeszcze truskawkowego donuta z Dunkin’ Donuts.

Tuz po wyladowaniu w Osace od razu wiedzialem, ze znajduje się w Japonii, gdyż obsluga lotniska poklonila sie pilotowi (widzialem przez szybe całą ceremonię), ich angielski pozostał na tym samym poziomie co podczas mojej wizyty kilka lat temu w Tokio, ale mogłem do woli wymieniać uśmiechy i ukłony. Hotel w Osace trafil mi sie bardzo nowoczesny i chyba niedawno oddany, wszystko było w nim bardzo zadbane, lazienka sterylna, kosmetyki, podgrzewany sedes z bidetem, duza wanna, czajniczek i zielone herbaty, kimono, minilodowka, nawet gniazdo do ładowania USB w ścianie. Na uwagę zasługuje fakt, że np. w sieci McDonald’s w końcu można płacić kartami, sporo lokali tej sieci jest czynnych do późna w nocy, co ułatwiało mi nocną wędrówkę po mieście, mogłem się rozgrzać kawą i uzupełnić kalorie. W Starbuniu piłem ulubioną matcha latte i zajadałem donuta o smaku sakura (z wisniowa polewa). Sama Osaka to przede wszystkim kolorowe sklepy, każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, można obkupić się przyzwoicie w sieci Daiso oferującą towary za 100 jenów (+ podatek), zabytkow tutaj akurat nie ma (oprócz zamku, do którego nie dotarłem), wiec czas spędziłem miło spacerując i zatrzymując się w poszczególnych sklepach, kupująca kolejne mniej lub bardziej przydatne badziewia :D Aż żal było wracać do zimnej mroźnej Europy.