Gwiazda Dawida / 19.06.2017

Czas na dosc niestandardowa podroz a mianowicie na jednodniowke w Tel Avivie na trasie LUZ-TLV-WRO dzieki uprzejmosci PLL LOT, ktory wprowadzil do systemu rezerwacyjnego nowe bezposrednie polaczenia do Izraela z lotnisk regionalnych w bardzo atrakcyjnych cenach. Przez kilka dni mozna bylo kupic bilety na pierwsze polaczenia w oficjalnej cenie 129 zl (w dwie strony), u licznych posrednikow cena byla jeszcze nizsza, w pewnym momence mozna bylo ustrzelic bilety za 25-45 PLN! Wprawdzie Tel Aviv mialem juz zabukowane na marzec 2018, ale stwierdzilem, ze jednodniowka w tym pieknym miescie dobrze mi zrobi.
Przy okazji tej podrozy w poniedzialkowy poranek po raz pierwszy odwiedzilem lotnisko w Lublinie. Z racji inauguracyjnego rejsu PLL LOT do Tel Avivu zorganizowano poczestunek z lokalnymi bliskowschodnimi przekaskami (humms, halva, baklava) i zimnymi oraz goracymi napojami, w stanowiskach odprawy bardzo sympatyczna obsluga. Zwracam jedynie uwage kwestie bagazu rejestrowanego nadawanego przy jednodniowych wypadach do Tel Avivu: jesli  nadajecie bagaz (ja dla wygody odprawilem swoja kabinowke) system automatycznie nadaje walizke do miejsca docelowego w Polsce (w moim przypadku WRO) via TLV. Wprawdzie walizka czekala na mnie na tasmie w Tel Avivie, ale przy powrocie agentka handlingowa na lotnisku Ben Guriona byla mocno zszokowana, ze bagaz juz zostal nadany do Wroclawia ;)
Sam rejs bardzo spokojny, trwal ok. 3,5 h, pogoda na trasie bardzo dobra, po raz pierwszy mialem okazje zobaczyc np. Cypr za dnia. W Tel Avivie bylem 5 lat temu, ale wtedy korzystalem z nocnych lotow PLL LOT z Warszawy, ktore przewoznik nadal ma w swojej ofercie. Zaskoczylo mnie, ze na pokladzie oprocz wody i Prince Polo byla takze darmowa kawa i herbata a zaloga rozdawala poduszki i kocyki.
Po wyladowaniu kolejka do kontroli paszportowej byla dosc pokazna, otwarte byly tylko 2 lub 3 stanowiska dla posiadaczy obcych paszportow, ale obsluga lotniska szybko zareagowala na zaistniala sytuacje i po chwili bylo dostepnych juz wiecej stanowisk dla „foreign passports”. Tym razem mialem przyjemnosc leciec na wypad ze znajomym, ktory to jako pierwszy podszedl do pana w okienku (tuz przed nami byla zmiana warty i mloda kobiete zastapil wspomniany pan w srednim wieku). Ten oczywiscie bardzo sie zdziwil, ze przylecielismy tylko na jeden dzien, cos skonsultowal z kolezanka obok (ktora tez miala przy sobie panow z jednodniowki), poprosil o okazanie rezerwacji na rejs powrotny i juz po chwili nadeszla moja kolej. Mnie spytal tylko, czy jestesmy razem i czym sie zajmuje i od razu wydrukowal niebieska karteczke „entry permit”. Walizka juz czekala na tasmociagu, calosc zajela ok. 30 minut, nieco ponad kwadrans czekalismy na pociag do miasta (bilet 13.50 NIS kupowany w automacie), do polozonej w centrum stacji Savidor jedzie sie ok. 20 minut. Tam w informacji dostalismy plan miasta, odpowiednio sie przepakowalem i zostawilem kabinowke w automatycznym schowku bagazowym. Po wyjsciu z dworca wyszlismy na przystanek i zlapalismy autobus 61 jadacy w kierunku plazy, cena biletu u kierowcy to 5,80 NIS. Dla mnie to byla druga wizyta w Tel Avivie, ograniczylismy sie zatem tylko do plazy Hilton Beach i promenady, oczywiscie mozna bylo zrobic znacznie wiecej, ale tym razem postawilismy na relaks, poza tym w marcu wracam do Izraela na caly weekend. Pogoda dopisala, widoki takze ;)

Pociagi na lotnisko TLV z dworca Savidor sa odpowiednio oznaczone (jest widoczny symbol samolotu na wyswietlaczu) i odjedzaja co pol godziny (17:01, 17:31 itd.). W droge powrotna dotarlismy na lotnisko Ben Guriona na ok. 3,5 h przed odlotem do Wroclawia, na tablicy widac bylo, ze bedzie mial juz godzine opoznienia (finalnie byly 2 h), przebralismy sie, skorzystalismy z automatow lotniskowych (napoje i przekaski) i rozmawiajac spostrzeglismy, ze juz jest kolejka do stanowisk odprawy PLL LOT (poziom 3) – jakos bokiem weszlismy do niej i czekalismy, az pojawi sie ktos z obslugi. Bylem zdziwiony, ze jeszcze nikt z obslugi lotniska nie przeprowadza slynnego wywiadu i nie rozpytuje o nasz jakze krotki pobyt. Przed nami w kolejce stali w wiekszosci Ukraincy ze sporym bagazem, dopiero kiedy spojrzalem na ich walizki i zobaczylem dodatkowe kody kreskowe zaczelo mi switac, ze oni juz musieli przejsc interview. Odwrocilismy sie i wszystko stalo sie jasne – my weszlismy do kolejki niejako bokiem, a przesluchanie odbywalo sie przed bramkami na wysokosci stanowisk PLL LOT. Kolega poprosil pracownika lotniska o pomoc i udalo sie nam zostac przesluchanym bez kolejki. Oczywiscie pytania „one by one”, najpierw o pytanie co nas laczy („Sorry for personal questions but are you a couple?”), potem o dlugosc pobytu w TLV, tutaj spore zdziwienie, wiec wytlumaczylem, ze byla promocja, potem szybkie kartkowanie paszportu, pytanie o pieczatki z DOH i IST – latwo bylo wytlumaczyc, bo bylem tam na stopoverze po 1 dzien. Jeszcze pytanie o to, kto pakowal walizke i to by bylo na tyle (w porownaniu do wywiadu sprzed 5 lat poszlo bardzo sprawnie) – oczywiscie biala naklejka i cyfra 5 z przodu. W miedzyczasie pojawil sie personel lotniska i odprawa juz sie rozpoczela, udalismy sie do stanowiska Business Class (mozna znow wykorzystac przywilej FTL) a potem dalej do ”szczegolowej” kontroli bezpieczenstwa. Praktycznie nikogo w niej nie bylo, mysle, ze zajelo nam to okolo 10 minut, ja mialem ze soba tylko maly plecak, wiec niewiele tego bylo, ale zainteresowaly ich klucze i monety, oproznilem portfel i skanowali monety raz jeszcze a nastepnie poddawali testowi na obecnosc materialow wybuchowych czy narkotykow. Szlo dosc powoli, bo dodatkowo trwala sesja treningowa, przyuczali nowy narybek. Na pewno nie byli niemili, taka maja prace, nam sie tym razem nie spieszylo, zwlaszcza ze maszyna do WRO byla finalnie spozniona dwie godziny. Potem juz tylko blyskawiczna odprawa paszportowa, dostaje sie kolejna karteczke (tym razem w kolorze rozowym), ktora potem otwiera sie bramke i w koncu mozna dotrzec do fontanny :) Wszystko zalezy jak widac od losu, nie ma reguly na to, ile nam zajmia wszystkie procedury, na pewno warto byc wczesniej. A sam Tel Aviv, polecam goraco!

Sydney, czyli Kraina Oz / 25.04.2017 - 02.05.2017

Wyprawa do Australii byla moim marzeniem od dawien dawna. Pierwotnie zaplanowalem ja sobie w okolicy moich 30. urodzin i od dluzszego czasu wypatrywalem atrakcyjnych cenowo polaczen na Antypody. Swego czasu w regularnych promocjach linii Qatar Airways cena za przelot na trasie WAW-DOH-SYD & SYD-DOH-TXL wynosila ok. 2500 zl, co na tak dluga trase oraz standard podrozy w 5* linii lotniczej jawilo sie jako niesamowicie niska cena (a do tego krotkie przesiadki w stolicy Kataru). Niestety, przewoznik z Zatoki Perskiej nie raczyl w interesujacym mnie przedziale czasowym zaproponowac biletow w atrakcyjnej cenie, kiedy zatem w lipcu ubieglego roku pojawila sie na forum Fly4Free informacja o bledzie cenowym na rejsy do Australii liniami British Airways (wylot i powrot ze szwedzkich lotnisk Göteburg i Sztokholm Arlanda) nie zawahalem sie ani chwili i dokonalem zakupu biletow na trasie GOT-LHR-HKG-SYD & SYD-SIN-LHR-GOT za ok. 2100 zl, do Göteborga dostalem sie z Warszawy linia Lufthansa z przesiadka we Frankfurcie za ok. 500 zl.Linia British Airways mialem juz okazje testowac na locie transkontynentalnym LHR-LAS kilka lat temu – wtedy bylem pozytywnie zaskoczony serwisem, ale czas szybko leci, ekonomia sie zmienia i linie tradycyjne tna koszty. Obecnie wygladalo to dosc slabo, biorac pod uwage, ze BA to jedyny przewoznik laczacy bezposrednio (z miedzyladowaniem technicznym w Singapurze) Europe z Australia i na tak dlugiej trasie (rejs Boeingiem 777) „Kangaroo Route” spodziewalem sie czegos wiecej, a nie zaoferowano nawet opasek na oczy, skarpetek czy tez malych zestawow kosmetykow (tzw. „amenity kit”). 
Laduje na lotnisku w Sydney pod oslona nocy, dochodzi 6 rano, jest jeszcze ciemno, ale na szczescie jest cieplo. Kontrola paszportowa przebiega bardzo sprawnie, pozniej nieco musze poczekac przy tasmociagu na walizke i moge juz powitac Antypody. W hali przylotow kieruje sie Po tak dlugiej podrozy potrzebuje sie odwiezyc, na szczescie lotnisko SYD oferuje bezplatne prysznice w ogolnodostepnej czesci lotniska, trzba przedostac sie na poziom odlotow i podazac za piktogramami, ktore zaprowadza nas w okolice stanowiska A. Kabiny sa czyste, przestronne, swobodnie mozna sie zmiescic z wiekszym bagazem jak ma to miejsce w moim przypadku. Po porannej toalecie (o dziwo w zaden sposob nie odczuwam jet lagu) uzupelniam kalorie w McDonald’s na lotnisku (nalesnik i mrozona kawa), w saloniku prasowym WS Smith kupuje karte miejsca Opal i ruszam na przystanek autobusowy linii 400, ktorym docieram do najblizszej stacji kolejki o nazwie Mascot, gdzie przesiadam sie na pociag do stacji Circular Quay polozonej w centrum miasta. Nieopodal stacji odkrywam bardzo fajna kawiarnie z wielokulturowa obsluga i tak lubianym przeze mnie japonskim napojem matcha. Sprawnie docieram do hotelu Macleay Lodge, mimo wczesnej pory moj pokoj jest juz gotowy i po chwil odpoczynku ruszam na zwiedzanie Sydney.
Pierwsze kroki kieruje przez park i ogrod botaniczny do slynnego gmachu opery. Piekne slonce, zielona, gladko przystrzyzona trawa, spacerujace po niej ibisy czarnopiore, przede mna zatoka a w oddali juz polyskuja biale kontury Sydney Opera House. Z oddali gmach jest chyba jeszcze bardziej majestatyczny niz na licznych fotografiach. Na placu przed budynkiem o dziwo wcale nie ma dzikich tlumow, mozna w spokoju oddac sie kontemplacji, obserwowac ruch stateczkow w zatoce, las wiezowcow w miescie oraz most Sydney Harbour Bridge znajdujacy sie tuz naprzeciw opery. Wnetrze opery przypomina bardziej centrum wystawiennicze, wiekszosc sal jest wynajmowanych na konferencje. W sklepiku nieopodal zaopatruje sie w pamiatki i widokowki ze znaczkami i ruszam na przystan, skad promem w kilka minut przedostaje na druga strone zatoki, gdzie miesci sie Taronga ZOO. Bilet do ogrodu zoologicznego zarezerwowalem wczesniej online, gdyz takie rozwiazanie bylo tansze o 20 %. Licze na spotkanie z endemiczna fauna australijska, jednak wiekszosc zwierzakow tak charakterystycznych dla tego kontynentu nie widac w klatkach lub na wybiegach. Nie udaje mi sie zatem wypatrzec diabla tasmanskiego czy kangurow szarych, najbardziej podobaly mi sie kangury rude, wygrzewajace sie na swoich stanowiskach, w zagrodzie spacerowal tez sobie strus emu, a na drzewie eukaliptusowym spal sobie smacznie koala. Na koniec mojej wizyty w tym parku zalapalem sie na krotki wyklad na temat pajakow wystepujacych w Sydney i okolicy, z bliska mialem okazje obejrzec ptasznika australijskiego, a fuj!
Sobota uplynela mi na plazowaniu na Bondi Beach, dokladnie tak ja sobie wyobrazalem. Plaza moze nie jest specjalnie dluga, lecz w miare szeroka, ma piekny bialy piasek i jest bardzo dobrze zagospodarowana. W Australii rozpoczyna sie jesien, ale pogoda jest nadal bardzo ladna, swieci slonce i jest cieplo, az dziw, ze plaza sprawia wrazenie wyludnionej. Wiekszosc lokali czy hoteli zlokalizowanych w poblizu Bondi Beach jest poza sezonem nieczynna, bannery zapraszaja gosci za rok. Woda w oceanie ciepla niestety nie byla, ale amatorow windsurfingu akurat nie brakowalo ;)
Na niedziele zaplanowalem zwiedzanie parku Morisset, ktory jest oddalony o ponad 100 km od Sydney. Lokalny pociag dociera na stacje Morisset w 2 godziny (odjazd ze stacji centralnej), warto skorzystac z niedzielnej promocji, za dowolna ilosc przejazdow na karcie Opal tego dnia pobierana jest maksymalna oplata w wysokosci zaledwie 2.5 AUD! Moglem zatem za tak niska jak na Australie stawke pojechac w dwie strony i jeszcze tego samego dnia korzystac bez ograniczen z komunikacji miejskiej. Park Morisset wybralem nieprzypadkowo – na jego terenie w poblizu szpitala psychiatrycznego (sic!) spotkac mozna zyjace na wolnosci kangury szare, ktore zupelnie niesploszone pozwalaja sie glaskac i cykac sobie fotki. Po wyjsciu z malutkiej stacji kolejowej kierujemy sie na prawo (trzeba przejsc kladka przez tory) a nastepnie kilkanascie metrow asfaltowa droga przed siebie, po prawej stronie mijamy skromne australijskie domostwa, a po lewej stronie sa tory kolejowe. Po kilku minutach dotrzemy do rozstaju drog i zobaczymy takze tabliczke z nazwa szpitala, spacer droga przez las zajmuje z tego miejca szybkim tempem ok 40 minut. Momentami czulem sie dosc nieswojo, bo szedlem sam przez park i w promieniu kilkunasta metrow nie widzialem zywej duszy, jedynie co jakis czas przejezdzaly samochody lub karetki, co swiadczy o tym, ze idziemy w dobra strone. W koncu przede mna ukazuje sie polana, na ktorej wyleguja sie kangury, jest ich kilka sztuk, sa sporych rozmiarow i wszystkie przyjaznie nastawione, akurat podkarmia je hiszpanskojezyczna para. Ja z opakowania wyjmuje ciemne bezpestkowe winogrona, sympatyczne torbacze same podchodza i mozna je wtedy dowoli glaskac i fotografowac, co to za frajda! W drodze powrotnej na stacje kolejowa po raz kolejny sprawdza sie powiedzenie, ze swiat jest maly, gdyz na drodze spotykam Polakow.
Kolejny dzien to sniadanie o poranku w przytulnej francuskiej kawiarni douce France, spacer po okolicy i dojazd na lotnisko. Stanowiska odprawy British Airways sa otwarte na ponad 3 h przed odlotem, zostawiam moj bagaz i ruszam do kontroli bezpieczenstwa. Co ciekawe, kontrola paszportowa na wylocie odbywa sie niemal wylacznie przy stanowiskach automatycznych, niestety z Australii nie przywoze pieczatki wjazdowej ani wyjazdowej. W strefie air side w Joe & The Juice zamawiam ginger latte i czas do odlotu uplywa mi calkiem milo. Caly samolot do Londynu (via SIN) jest napakowany po brzegi, milo jest wiec rozprostowac nogi na zgrabnym lotnisku w Singapurze. Mietowa herbata w kawiarni PAUL nieco stawia mnie na nogi, ale juz po kilkunastu minutach trzeba wraca z powrotem na boarding do tej samej maszyny. Co ciekawe, wszystkie 4 rejsy na kangurzej trasie mialem okazje odbyc z 2 zalogami, ktore wymiennie pracowaly i wbilem sie w ich zmiany ;) Po prawie 24 h w przestworzach laduje na lotnisku Heathrow, co za dziwne uczucie znow byc w Europie...

Sardynki z Cagliari / 21.04.2017 - 22.04.2017

Jako fan weekendowych wypadow od jakiegos czasu polowalem na tanie bilety do Cagliari na Sardynii, rozklad rejsow linii Ryanair umozliwial polaczenie wylotu z Krakowa w soboty i powrot w niedziele do Warszawy Modlin. Nieco musialem poczekac na tanie bilety, udalo sie zgrac terminy w polowie kwietnia, kupowane ok. 1,5 miesiaca przed odlotem kosztowaly ok. 120 zl za rejs w jedna strone.

W sobote w poludnie docieram do mikroskopijnego lotniska w Modlinie, nadal za nim nie przepadam i uwazam, ze to po prostu wiekszy barak, ale Ryanair na Lotnisko Chopina powrotu nie planuje (oprocz krajowek). Sam rejs nie wyroznia sie niczym szczegolnym, ale chyba po raz pierwszy mam okazje leciec nowym samolotem Boeing 737-800. Po wyladowaniu na lotnisku w Cagliari (co za piekna pogoda!) kupuje bilet w automacie biletowym Trenitalii i przedzieram sie na stacje kolejowa zlokalizowana kilkaset metrow od terminala, droga do niej jest dobrze oznaczona. Mozna odniesc wrazenie, ze polozona w szczerym polu stacja jest opuszczona, przezywam niezly szok, kiedy na kilka minut przed wjazdem pociagu z glosnikow rozbrzmiewa zapowiedz. Tory nie posiadaja sieci trakcyjnej, wiec lokalny pociag ciagniety jest przez lokomotywe spalinowa, a sama jazda do stacji glownej trwa mniej niz kwadrans.
Pierwsze kroki z dworca kolejowego kieruje do znajdujacego sie na placyku McDonald’s – wyglada on bardzo niedbale, odnosze wrazenie, ze jest nieremontowany od wiekow, ale lokal wciaz funkcjonuje. W tym samym budynku znajduja sie takze kasy biletowe lokalnych przewoznikow i informacja oraz przechowalnia bagazu a talety sa zamykane na klucz dostepny u pracownikow McD, mam wrazenie, ze przenioslem sie do innej epoki ;) 

Po wloskiej kawce i croissancie oraz kokosowym shake’u czas dotrzec do mojego apartamentu. We Wloszech zwlaszcza w mniejszych miejscowosciach bardzo popularne sa mieszkania bed and breakfast, w takim tez zatrzymuje sie na jedna noc. Na przywitanie od sympatycznej Wloszki (nie mowiacej niemal wcale po angielsku) czeka na mnie ulubiona kawa Lavazza za ekspresu. Po krotkiej chwili odpoczynku ruszam w miuasto – waskie krete uliczki, kamienna nawierzchnia, okiennie, palemki w doniczkach na balkonach i prania suszace sie na sznurkach – takie oto wloskie klimaty. Dochodze do glownej ulicy handlowej i ruszam na lowy w sklepie firmowym Bialetti, gdzie udaje mi sie upolowac pomaranczowa kawiarke Fiametti. Pozniej przedzieram sie przez waskie uliczki ku czesci portowej, gdzie cumuja stateczki i lodki. Zachodzace slonce bardzo ladnie sie prezentuje, przy glownej ulicy – bulwarze biegnacym rownolegle do portu znajduje sie czesc restauracyjna, gdzie o tej porze przy licznych stolikach do kolacji zasiadaja Wlosi oraz liczni turysci. Zapada zmrok, w supermarkecie robie spore zakupy lokalnych smakolykow, obowiazkowa kawa Lavazza, brzoskwiniowe Bacardi, makarony Barilla i czekoladki Baci.

Nastepnego ranka ruszam na okolo godziny spacer do pobliskiej miejscowosci Poetto, gdzie znajduje sie nadmorska plaza. O tej porze roku plaza jest jeszcze zupelnie pusta i dosc zabrudzona, morze wyrzucilo na brzeg sporo mulu oraz wodorostow. O ile na plazy jest pusto, to w kawiarniach z widokiem na zatoke oraz skaly pojawiaja sie lokalni spacerowicze (joggin, pieski), zamawiam espresso i przy aromatycznej kawie wertuje ksiazke. Czas szybko plynie, wiec zbieram sie na autobus do centrum miasta. Biletow nie mozna kupic u kierowcy, kiosku ani widu ani slychu, wiec musialem dojechac na gape, na szczescie w niedzielny poranek nie trafilem na kontrolerow :)
Na odlot samolotu do Krakowa stawiam sie punktualnie na lotnisku, szybko przechodze przez kontrole bezpieczenstwa, mam jeszcze spory zapas czasu, przez okna obserwuje, codzieje sie na plycie lotniska w Cagliari, ruch tanich przewoznikow jest calkiem spory, ale zdecydowanie najwiekszy ruch generuja pasazerowie Alitalii, ktorzy przesiadaja sie w Rzymie lub Mediolanie. Rejs do Krakowa nie wyroznia sie niczym szczegolnym, samolot dosc szybko wzbija sie nad warstwe chmur i mniej wiecej do wysokosci Wegier/Austrii lecimy nad oblokami, na szczescie zadne turbulencje nie sa odczuwalne. ;) Krakow welcome to!

Asia Express / 16.03.2017 - 28.03.2017

Przede mna dlugo oczekiwany dwutygodniowy urlop, po raz pierwszy bede w podrozy poza Polska tak dlugo. Trasa jak to zwykle u mnie jest dosc skomplikowana, glowne destynacje to tym razem rajskie Malediwy oraz bardzo popularny wsrod turystow Bangkok, ktory niejako pojawil sie w moim planie przypadkowo. Bilety na Malediwy kupilem jeszcze w lipcu ubieglego roku korzystajac z promocji linii Qatar Airways na wyloty ze Stambulu. Mniej wiecej w tym samym czasie na moim ulubionym forum internetowym Fly4Free pojawil sie error fare linii lotniczych Gulf Air na trasie IST-BAH-BKK/BKK-BAH-LHR, stwierdzilem po chwili namyslu, ze to znakomita okazja, by przy okazji zaliczyc wizyte w stolicy Tajlandii i przy okazji miec juz niejako „zaklepany” powrot do Londynu, ktory jest znacznie latwiejszy (i tanszy!) do zorganizowania niz ten ze Stambulu.
W czwartkowe przedpoludnie pojawiam sie na lotnisku Chopina, skad tego dnia odlatuje do Aten linia Aegean Airlines – nie tylko mieli rewelacyjne taryfy na moj termin na rejsy do Stambulu, ale takze na pokladzie czeka na mnie cieply posilek oraz mam mozliwosc skorzystania z mojego chyba ulubionego saloniku lotniskowego Lufthansy w Atenach. Oba rejsy o czasie, serwis jak zwykle na satysfakcjonujacym poziomie, krotka (nieco powyzej 1 h) trase ATH-IST wykonuje turbosmiglowy Dash 8 w barwach linii Olympic Airways pododnie jak kilka miesiecy wczesniej na moim rejsie ATH-TIA. Po ladowaniu na lotnsiku Ataturka w Stambule czekam prawie godzine w olbrzymiej kolejce do kontroli paszportowej, w takich chwilach jak ta doceniam jeszcze bardziej strefe Schengen. Warto wczesniej zadbac o formalnosc wjazdowe i wykupic wize do Turcji online placac ok. 20 USD. Nieco dlugo szukam mojej tasmy z bagazami, musze podpytac w informacji, gdyz dane wyswietlane na monitorach sa juz nieadekwatne. Na szczescie szybko znajduje walizke i wychodze do stacji metra zlokalizowanej na lotnisku IST. W Stambule do poruszania sie po miescie niezbedna bedzie karta pre-paid Istanbul Card, ktora ladujemy odpowiednia kwota i zblizamy do czytnika wsiadajac do pojazdu lub wychodzac z niego czy tez przechodzac przez bramki metra. Jeszcze tylko jedna przesiadka na szybko autobus i jestem juz w hotelu Royal Inci Airport w poblizu lotniska, recepcja juz na mnie czeka, szybki check-in i boy hotelowy prowadzi mnie do eleganckiego pokoju w bieli – bardzo podoba mi sie ten wystroj, przypomina nieco moj apartament hotelow w Baku. Przede mna czas za nasluzony odpoczynek, mimo wielu pozytywnych emocji sen przychodzi szybko a rano budzi mnie deszcz tetniacy o szyby. 
Schodze na partner do hotelowej restauracji na obfite sniadanie, pod tym wzgledem kraje arabskie sa nie do pobicia, zawsze mozna liczyc na suto zastawiony stol uginajacy sie pod ciezarem lokalnych przysmakow. Jest hummus, oliwki, chlebek arabski, czyli to, co w tych regionach lubie najbardziej. Po posilku czas na zakup slodkosci w lokalnym sklepie, bym na Maafushi nie musial glodowac, na lokalnej wysepcje na Malediwach znajduje sie bowiem tylko jeden sklep spozywczy z cenami mocno wywindowanymi. Powoli czas sie zbierac z powrotem na lotnisko, zostawiam sobie zapas czasu na kontrole paszportowa. Tak jak to mialo miejsce kilka lat temu podczas mojej pierwszej wizyty w Stambule na lotnisku im Sabihy Gökcen (SAW) takze i na lotnisku im. Atatürka pierwsza kontrola bezpieczenstwa znajduje sie juz na wysokosci glownego wejscia na lotnisko, dopiero po przeswietleniu bagazu i przejsciu przez skaner mozna wejsc do srodka ogromnego terminala. Na monitorach odnajduje moj rejs QR do Dohy, jeszcze tylko male przepakowanie garderoby i drobiazgow i podchodze do stanowiska odprawy, agentka bardzo skrupulatnie sprawdza dokumenty oraz wpisuje adres mojego hotelu na MLE do systemu. Z kolorowymi burgundowymi kartami pokladowymi udaje sie do kontroli paszportowej, to waskie gardlo tego lotniska, ewidentnie kolejka jest tutaj spora i powoli przesuwa sie do przodu, co jakis czas trafiaja sie pasazerowie, ktorzy musze przepychac sie przez pozostalych, gdyz nieuchronnie zbliza sie czas odlotu ich maszyny. Wciaz nie potrafie zrozumiec, dlaczego ludzie wiedzac, ze maja samolot nie potrafia dotrzec na lotnisko odpowiednio wczesniej. Na glownej hali po przejsciu kontroli widnieje ogromna tablica swietlna z kierunkami, ktore obsslugiwane sa przez ten port lotniczy, lista robi wrazenie, ilosc oferowanych destynacji, zwlaszcza tak egzotycznych mijesc w Afryce i Azji robia wrazenie, ach, niemal wszedzie chcialoby sie poleciec. Szoda tylko, ze niemal cala srodkowa czesc kontynentu afrykanskiego uwiklana jest w najrozmaitsze konflikty zbrojne i podrozowanie w te rejony jest zdecydowanie niewskazane. Pod gatem powoli pojawiaja sie pasazerowie oraz obsluga handlingowa i w koncu rozpoczyna sie boarding mojego rejsu IST-DOH wykonywanego obszernym Airbusem A300 w konfiguracji 2-4-2. Okazuje sie, ze miejsce obok mnie pozostaje wolne, wiec na czas trwania calego lotu ok. 4 h mam wiecej przestrzeni na moje dlugie nogi. Odnosze wrazenie, ze w porownaniu z moim poprzednim rejsem QR w styczniu 2014 roku serwis na pokladzie sie pogorszyl, zaloga nie rozdaje goracych odswiezajacach chusteczek ani przekasek w postaci orzeszkow czy precelkow. Jedynym plusem jest bogatsza oferta sokow w postaci nektarow o smaku mango czy ananasa, oba smakuja wybornie. System rozrywki pokladowej nie zwraca zbytnio mojej uwagi, gdzy jako aktywny uzytkownik karty Cinema City Unlimited niemal wszystkie nowosci kinowe mam juz zaliczone. O dziwo o ile  nad Turcja unosza sie chmury deszczowe to unosza sie one takze nad Zatoka Perska i kiedy ladujemy w Katarze, to nad stolica tego malego okazji panstwa wlasnie rozpoczyna sie ulewa. Rozklad lotow specjalnie ulozylem sobie tak, by tym razem wyjsc na miasto, gdyz podczas poprzedniej wizyty tamze nie mialem takiej okazji. Niedawno dla pasazerow tranzytowych lecacych linia Qatar Airways pojawila sie mozliwosc wnioskowania online o bezplatna wize, w sam raz na krotkie zwiedzanie Dohy czy nieco dluzszy stop over w zaleznosci od preferencji. Po odczekaniu w kolejce do kontroli paszportowej moge juz niepytany przez nikogo opuscic lotnisko i skierowac sie na postoj autobusow, skad dojezdzam do centrum miasto w ok. 15 minut i wysiada tuz po wejsciem do centrum handlowego Doha Center. Tego mi bylo trzeba, od razu pedze do hipermarketu Carrefour i zaopatruje sie m.in. w sok z guawy, nastepnie wjezdzam schodami ruchomymi na gorny poziom, gdzie zagladam do kina – sporo filmow, ktore w Polsce dopiero oczekuja na premiere tam juz sa na ekranie. Teraz czas na cos slodkiego – sa kolorowe Dunkin’ Donuts oraz kawa Starbucks Coffee, tutaj przy kawie lacze sie ze swiatem dzieki darmowemu wi-fi. 


Kiedy kalorie juz mam uzupelnione ruszam na nocny marsz po Corniche, czyli eleganckiej alei wzdluz zatoki, w ktorej wodach odbijaja sie szklane domy. Moje serce podbija znak drogowy, na ktorym widoczna jest sylwetka pieszego w galabiji. Z nieba znow zaczynaja spadac krople deszczu, wiec uciekam na autobus jadacy na lotnisko. Nowy gmach jest imponujacy, ale zarazem zionie pustka, zwlaszcza w czesci check-in, gdyz zdecydowana wiekszosc pasazerow to podrozni transferowi. Kontrola bezpieczestwa takze rozni sie od tej na znanych mi dotychczas lotniskach, gdyz mozna na nim przenosci plyny w ilosciach przekraczajacych magiczna granice 100 ml – moge wziac na poklad do bagazu podrecznego mala butelke wody, niesamowite! Pod moja bramka rejsu na Malediwy w wiekszosci tak jak sie domyslalem ustawiaja sie malzenstwa zachodnioeuropejskich emerytow oraz nieco mlodszych par, pewnie czesc z nich spedza tam miesiac miodowy. Z czasow kiedy jeszcze pracowalem dla Qatar Airways pamietam, jak czesto pasazerowie lecacy ta trasa zamawiali specjalne „honey moon cake” oraz rezerwowali miejsce na sprzet do nurkowania. Po wejsciu na poklad ­siedzacy obok mnie pan pyta, czy nie zamienilbym sie z jego zona siedzaca osobno z tylu pokladu. Spelniam prosbe jegomoscia, ale juz po chwili tego zaluje, gdyz jego towarzyszka podrozy siedziala w srodkowej czesci, co sprawia, ze po obu stronach mam lokcie wspolpasazerow, komfort jest zdecydowanie nizszy, ale jakos udaje mi sie przemeczyc te 4 godziny na pokladzie, a po drinku (sok ananasowy z wodka) nawet udalo mi sie nieco zdrzemnac, zwlaszcza ze bylo to lot nocny. Z racji mojego umiejscowienia nie bylem w stanie niestety podziwiac bajecznie niebieskiej tafli wody Oceanu Indyjskiego, tym bardziej ucieszylem sie, kiedy samolot zatrzymal sie na pasie startowym i moglem juz wyjsc na zewnatrz, wysoka temperatura i duza wilgotnosc sa odczuwalne niemal natychmiast. Jeszcze na pokladzie wypelnilem formularz wjazdowy na Malediwy, nalezy pamietac, ze ten kraj wyspiarski jest panstwem muzulmanskim i turystow obowiazuja pewne restrykcje – nie wolno wwozic wlasnego alkoholu czy przedmiotow o charakterze symboli religijnych. Zaraz po opuszczeniu hali przylotow wychodzi sie bezposrednio na zewnatrz, zadaszenie wprawdzie chroni przed promieniami slonca, ale brak klimatyzacji daje o sobie znac i ciezko jest oddychac. 

Jest wczesne przedpoludnie, prom na moja wyspe Maafushi odplywa dopiero o godz. 15:00, mam wiec przed soba niemal pol dnia. W kantorze na lotnisku (po stalym kursie) wymieniam dolary amerykanskie na rufie (wprawdzie wszedzie mozna placic w USD, ale wtedy ceny sa zaokraglane w gore i na tym tracimy) i po krotkim wzmocnieniu sie prowiantem ruszam poza terminal na poszukiwanie transportu publicznego na wyspe Male, czyli do stolicy archipelagu. Promy na Male odplywaja co kilkanascie minut z przystani, ktora znajduje sie po prawej stronie od hali przylotow, znajdziemy ja, jesli bedziemy kierowac sie do stanowiska lokalnych linii lotniczych kursujacych po wysepkach Malediwow. Po chwili jestem juz na bardziej stalym ladzie, wysepka jest mocno zabudowana, ruch kolowy jest naprawde spory zwazywszy na jej mikroskopijne wymiary. Idac z wielka walizka wzbudzam zainteresowanie taksowkarzy, ktorzy na mnie trabia oferujac mi swoje uslugi, ale mam twarde zasady i nie korzystam z uslugi taxi mafii jesli tylko moge dotrzec na miejsce w inny sposob. Po drodze mijam calkiem nowo oddany do uzytku plac zabaw oraz mala plaze z laweczkami i parasolami, calosc wyglada bardzo nowoczesnie. Odnajduje w koncu przystan, z ktorej odplywaja promy na wyspy lokalne (jest po drugiej stronie wyspy niz ta, gdzie znajdziemy promy na lotnisko) i kupuje bilet na Maafushi, calosc wyglada bardzo prowizorycznie, pod wiatka ustawione sa plastikowe krzesla a wiatraki daja ochlodzenie od upalu, oprocz mnie sa juz jacys backpakersi z plecakami i kilku lokalsow. Czas dluzy mi sie niemilosiernie, ale kiedy w koncu ruszamy i moje oko lustruje piekne atole oraz malowniczono polozone domki na wodzie stwierdzam, ze warto bylo leciec tak daleko. Po ok. 1,5 h rejsu (z jednym przystankiem) docieram na rajska lokalna wysepke Maafushi, ktora na 3 najblizsze noce bedzie moim domem. Na przystani z taczkami (sci!) czekaja juz na mnie pracownicy hotelu Salt Beach Hotel, jest zlokalizowany niemal rzut beretem od portu, gdzie cumuja lodki.
Pobyt na wyspie uplywa mi na milym leniuchowaniu, plaza „bikini” dla turystow nie jest wprawdzie zbyt obszerna, ale jest niezwykle malownicza, ma drobny bialy piasek, smukle palmy, woda jest ciepla i krystalicznie przezroczysta, a na bezposrednio przed wejsciem na plaze mozemy kupic na straganie swiezego zielonego kokosa, ktorego sok dobrze gasi pragnienie. Dodatkowo na palmach przy glownej sdrodze mozna bylo spotkac kolorowe papugi, ktore wygladaly niesamowicie irracjonalnie w takim otoczeniu. Na plazy praktýcznie kazdego dnia spotykam te same osoby, nic dziwnego, gdyz wysepka jest malutka a plaza dla turystow tylko jedna. Poniewaz Malediwy znajduja sie na rownika, w zwiazku z tym dzien jest tu stosunkowo krotki, szybko zapada noc, a wyspa jest wyjatkowo spokojna, nie ma tu zadnych lokali rozrywkowych. Nieopodal plazy znajduje sie jedyny sklep spozywczy, majacy w swojej ofercie takze inne artykuly wielobranzowe jak kremy do opalania czy drobne pamiatki, ceny sa wysokie i nie ma zmiluj w tym zakresie. Jezeli chodzi o jedzenie, to na wyspie znajduje sie kilka restauracji, ale jakos kuchni lokalna nie podbila mojego serca (moze poza pasta z kokosa i tunczyka serwowana obowiazkowo w hoteu na sniadania) – jedzenie w 3 roznych miejscach smakowalo niemal tak samo niczym rozgotowana papka, na pewno nie polecam wielodaniowego bufetu w stylu szwedzki stol.

We wtorek w samo poludnie razem z innymi podroznymi wsiadam na poklad calkiem eleganckiej motorowki (iBoot, cena 10 USD), ktora zabiera mnie bezposrednio na lotnisko (przejazd trwa ok. 45 minut, wiec dwa razy szybciej niz rejs promem), ale to jeszcze nie koniec mojego pobytu na Malediwach, bowiem ostatnia noc spedzam na sztucznej wyspie Hulhumale, ktora zostala usypana z przetworzonych odpadow. Wyspa jest polaczona cienkim przesmykiem z lotniskiem zlokalizowaym na wyspie Hulhule, przedostac sie mozna wiec droga ladowa miejskim autobusem. Na pierwszy rzut oka widac, ze wyspa jest nowa, czesc budynkow dopiero jest wykanczana, pozostale bloki czy obiekty hotelowe jeszcze pachna nowoscia. Na Hulhumale znajdziemy m.in. duzy supermarket czy minidworzec autobusowy oraz okazalych rozmiarow park. Wzdluz wybrzeza znajduje sie dosc waska plaza, dostep do niej jest nieco ograniczony przez znajdujace sie stoliki restauracyjne czy punkty gastronomiczne. Warto pamietac, ze plaza jest oznakowana jako lokalna i oficjalnie obowiazuje na niej zakaz kapieli slonecznych w stroju kapielowym, z moich obserwacji wynika jednak, ze nie byl on przestrzegany i nie wywowalo to zadnej sensacji wsrod lokalsow. Nastepnego ranka  autobusem lokalnym w niespelna kwadrans docieram do lotniska, ruchu nie ma zbyt wielkiego, szybko odbieram karty pokladowe i przechodze przez poszczegolne kontrole. Mam jescze bardzo duzo czasu w zapasie, zajmuje miejsce w lotniskowej kawiarni i z kubkiem aromatycznej kawy spogladam na plyte lotniska, to moje ostatnie chwile na tych wyspach, pewnie juz tam nigdy nie zawitam, wiec staram sie chlonac krajobrazy jak gabka. Kto wie, czy za kilkadziesiat lat Malediwy nie beda tylko wspomnieniem ze wzgledu na stale podnoszacy sie poziom wod. Rejs QR MLE-DOH tym razem jest bardzo slabo oblozony, znowu mam to szczescie miec miejsce obok siebie wolne. W Doha pogoda tym razem dopisuje, z lotu ptaka ogladam stolice Kataru, samolot to Stambulu na lotnisko im. Sabihy Gökcen jest nabity do ostatniego miejsca, poniewaz jest to mniejsza maszyna typu Airbus A320, to miejsca zdaje sie brakowac. Z uwagi na warunki pogodowe lecimy nad Zatoka Perska i Iranem, przez co nieco nadkladamy drogi. Nim dotre do mojego hotelu Endless w samym sercu Stambulu nieopodal placu Taksim minie jeszcze sporo czasu, ze zmeczenia szybko zasypiam u sultanki Kösem.


Po krotkim pobycie w Stambule rozpoczynam kolejny odcinek podrozy – jest pozny wieczor a wlasciwie noc z czwartku na piatek, kiedy ponownie melduje sie na lotnisku IST i staje w kolejce do odprawy linii Gulf Air. Kolejka nie jest dluga a otwartych jest kilka stanowisk, ale niemal przy kazdym z nich trwa szkolenie nowego narybku, wobec czego czas potrzebny na wydrukowanie karty pokladowej czy nadanie bagazu sie wydluza. Sam rejs nowym dla mnie przewoznikiem jest raczej rozczarowujacy. Wprawdzie miejsca na nogi z racji bardzo niskiego LF na trasie IST-BAH mialem wystarczajaco, ale oferowany serwis pokladowy wyglada po prostu fatalnie, nie tego sie spodziewalem po arabskiej linii. Jedzenie jest wrecz niesmaczne, na szczescie mozna sie znieczulic %, ale trzeba o nie specjalnie poprosic obsluge, wtedy pani wyczaruje z wozeczka dostepny alkohol. Lotnisko w Bahrainie jest jak na hub linii bardzo malych rozmiarow, mam okolo 3 h na przesiadke, czase spedzam w restauracji McDonald’s przy ulubionej kawce. Resj do Bangkoku nieco mi sie dluzy, gdzy system rozrywki jest bardzo ubogi, ale poniewaz rejs byl dzienny a pogoda calkiem dopisywala, to moglem podziwiac Azje przez szybke. Ladowanie w Bangkoku ma miejsce wieczorem, kiedy za oknami juz zapada noc. Lotnisko wydaje sie byc ogromne, przy rekawach zaparkowane sa liczne samoloty najrozmaitszych linii lotniczych, ruch jak w ulu, ale kontrola paszportowa przebiega nadzwyczaj sprawnie, nawet musze jeszcze czekac na moja walizke. 

Po wyladowaniu pierwsze kroki kieruje do sklepu 7/11 na parterze, gdzie nabywam Red Bulla i przekaski – w koncu to wlasnie z Tajlandii wywodzi sie ten popularny napoj energetyzujacy. W automacie biletowym kupuje bilet na kolejke do centrum miasta i dlugim koratarzem docieram na podziemny peron, juz na pierwszej stacji na lotnisku z wagonikow wylewa sie dziki tlum.  Po uplywie okolo pol godziny docieram do centrum, gdzie czeka mnie przesiadka na kolejke BTS Skytrain. Platnosc za bilety odbywa sie tylko gotowka, wieksza czesc maszyn przyjmuje tylko bilon. Sama obsluga automatow jest intuicyjna, na mapie zaznaczamy nasz punkt startowy i koncowy, wrzucamy odpowiednia kwote i odbieramy bilet, ktory nastepnie kasujemy przechodzac przez bramki oraz wychodzac z metra. Jesli przypadkiem przekroczymy dana strefe biletowa, bramka nie wypusci nas ze stacji – w takim wypadku trzeba udac sie do kasy, podac obsludze nasz bilet i uiscic doplate. Po dotarciu do hotelu i odswiezeniu sie ruszam sladami bohaterow drugiej czesci filmu „Kac Vegas” do Lebua Sky Bar, ta luksusowa miejscowka znajduje sie doslownie rzut beretem od mojego hotelu Pas De Cher Bangkok. Elegancko ubrane hostessy witaja nas w progu baru, na zewnatrz z tarasu widokowego mozna podziwiac piekna panorame stolicy Tajlandii. Drinki nie naleza do najtanszych, ale dla takich widokow naprawde warto. Nadmienie, ze obsluga jest przyzwyczajona do gosci chcacych uwiecznic swoje oblicze w tym miejscu i chetnie sluzy pomoca oraz dodatkowym oswietleniem. Nieopodal mojego hotelu odkrywam male centrum handlowe, a w nim Starbucks Coffee oraz czynny do poznych godzin nocnych McDonald’s, gdzie testuje moje kubki smakowe – ciastko z ananasem czy kulkami tapioki lub zupa pieczarkowa smakuja wybornie! Male zakupy mozna tez niemal przez cala dobre zrobic we wspomnianych juz sklepach convenient store 7/11. Jesli natomiast szukamy wiekszego wyboru alkoholu, to uprzejmie donosze, ze w godzinach 14:00 - 17:00 panuje tutaj prohibicja i sklepy nie sprzedaja napojow wyskokowych.


3 dni w Bangkoku mijaja blyskawicznie, nawet nie licze, ile kilometrow pokonalem w tej miejskiej betonowej dzungli. Staralem sie unikac srodkow komunikacji publicznej, by jak najwiecej chodzic pieszo, a doleglosci sa tu znaczne. W okolice Palacu Krolewskiego ruszam lodka, rejs trwa ok. 20 minut i jest godny polecenia. Sam Palac Krolewski a zwlaszcza swiatynia szmaragdowego Buddy wraz z przyleglymi budowlami wywieraja na mnie ogromne wrazenie. Ilosc kapiacego z poszczegolnych posagow zlota jest niesamowita, wszystko sie blyszczy i swieci. Dla niektorych to kicz, dla Tajow to zas z pewnoscia niejako symbol narodowy. Jesli zas o symbole chodzi, to to takich z pewnoscia nalezy kuchnia tajska, koniecznie trzeba skosztowac jej specjalow jak pad thai, sajgonki czy mango sticky rice. Fani nieco mocniejszych wrazen moga spotkac skorzystac z masazu tajskiego, uslug studia tatuazu czy tez zaszalec w jednym z licznych klubow na Patpong, do ktorych zapraszaja rozneglizowane panie (czy aby na pewno?) :D W Bangkoku znajdziemy liczne stoiska z podrobami oraz pamiatkami na kazda kieszen,  kazdy powinien byc zadowolony. To, co dla mnie bylo najbardziej uciazliwe w Bangkoku to wysoka temperatura i wilgotnosc powietrza – po wyjsciu z klimatyzowanegoi pomieszczenia czlowiek momentalnie wkraczal na obszar, gdzie ciezko bylo normalnie oddychac a na skorze bardzo szybko pojawialy sie krople potu. Zblizajac sie do ulicznych garkuchni momentami nie bylo czym oddychac a powietrze niemal parzylo. Jeszcze jedna niedogodnoscia jest zupelnie chaotyczny ruch uliczny – pomijajac fakt, ze jest on lewostronny, to sposob, w jaki kierowcy najrozmaitszych pojazdow poruszaja sie po ulicach i chodnikach przyprawia o szybsze bicie serca. Nie myslcie, ze bedzie Wam dane spokojnie przekroczyc ulice na pasach czy na swiatlach, to po prostu trzeba przezyc.

Do Bangkoku podchodzilem od samego poczatku bardzo sceptycznie sadzac, ze to miasto nastawione calkowicie na turystow, ktorzy szukaja w nim taniej rozrywki. Okazuje sie, ze jednak na tyle mnie zauroczylo, ze powaznie rozwaze powrot do Azji Poludniowo-Wschodniej w nadchodzacych latach. I to by bylo na tyle...

Dr. Alban i Tirana / 27.01.2017 - 29.01.2017

W piatkowe popoludnie zaraz po pracy docieram na stoleczne Lotnisko Chopina, skad mam zaplanowany wieczorny rejs linia Aegean Airlines do Aten. Z greckiej stolicy nastepnego ranka udam sie linia Olympic Airways do Tirany. Albania to niestety dosc trudno dostepny kraj na lotniczej mapie, ale udalo mi sie zlozyc calkiem udana wycieczke multi city. Do odprawy bagazowej wprawdze kolejka nie jest dluga, ale niemal kazdy z pasazerow ma ponadwymiarowy bagaz i musi zaplacic w kasie za nadbagaz. O dziwo pan z obslugi za darmo nadaje moja mala walizke do luku bagazowego, mimo iz mialem bagazu nadawanego nie mialem wykupionego. Po odebraniu karty pokladowej ustawiam sie w kolejce do kontroli bezpieczenstwa, jest duza, ale sprawnie posuwa sie naprzod. Samolot do Aten startuje z niewielkim opoznieniem, ale na lotnisku ATH przyziemiamy o czasie. Bardzo podoba mi sie, ze podczas lotu mozemy sledzic jego trase na monitorach. Serwis jak to w liniach Aegean bez zarzutu, na trasie do Aten goracy posilek, serwis z napojami cieplymi i zimnymi (w tym alkohol). Przegladam magazyn pokladowy i staram sie nieco wyjrzec przez okno, ale tym razem mam miejsce przy przejsciu. Po wyladowaniu na lotnisku ATH przechadzam sie po terminalu, salonik Lufthansy po remoncie jest juz otwarty, nastepnego dnia rano sie tam zamelduje, a teraz wracam do mojej strefy wylotow i ukladam sie do snu na wygodnych fotelach. Poniewaz lotnisko nie prowadzi w nocy operacji lotniczych, to jest bardzo spokojnie i moge „przetrwac noc i doczolgac do rana”. Po porannej toalecie ok. 04:30 jestem juz w Lufthansa Business Lounge, gdzie delektuje sie pysznym greckim sniadaniem (polecam szczegolnie shot z soku marchwiowego i imbirowego) i robie sobie niemiecka prasowke. Salonik jest niemal pusty, kilkoro pasazerow leci do Monachium i nic wielkego sie nie dzieje. Na godzine przed startem mojego rejsu linia Olympic Airways do Tirany zmieniam terminal z B na A, w ktorym odprawiane sa samoloty poza strefe Schengen. Kontrola bezpieczenstwa i paszportowa bardzo sprawne i zajmuje miejsce w dosc odleglej czesci terminala, obok odprawiane sa rejsy do Bukaresztu i Sofii. Autobus pojawia sie punktualnie i rozpoczyna sie boarding, zajmuje wybrane wczesniej miejsce 2A malym samolocie Bombardier Dash 8, na schodkach w promieniu zimowego slonca pasazerow wita usmiechnieta stewardessa. Niestety, w zwiazku z koniecznoscia odladzania samolotu start opoznia sie o prawie godzine, najwidoczniej pierwszenstwo maja wieksze maszyny. Sam lot trwa raptem godzinke, jest bardzo lagodny, najpierw wznosimy sie nad morze, pozniej przelatujemy nad pasmem gorskim i w znow znajdujemy sie na wybrzezu. Podczas lotu serwowany jest poczestunek w postaci duzej kanapki, slodkiego batonika oraz zimnych i goracych napojow. Lotnisko w Tiranie znajduje sie kawalek od miasta, ale w ciagu dnia jest dosc dobrze skomunikowane z centrum, dojazd zapewnia specjalny shuttle bus zatrzymujacy sie w centrum przy placu Skanderberga. Sam port lotniczy prezentuje sie bardzo schludnie, z rozkladu lotow wynika, ze prym wioda linie lotnicze latajace do Wloch, wnioskuje, ze dla Albanczykow to kierunek emigracyjny „numero uno”. Po wyjsciu na zewnatrz czuje sie jak w kraju srodziemnomorskim, sa palemki, swieci sloneczko, jest cieplo i przyjemnie. Kierujac sie znakami docieram do zatoczki autobusowej, gdzie sympatyczny kierowca zaprasza do swojego busa. Przed odjazdem kierowca sprzedaje bilety, koszt przejazdu do centrum to XX LEK, pieniadze mozna wymienic w kantorze w strefie przylotow, przejazd do placu Skanderberga trwa okolo XX minut. 
Po wyjsciu na glowna arterie Tirany moim oczom ukazuje sie duzy plac w remocie, obstawiony rusztowaniami i ogrodzeniami. Slynne Muzeum Historyczne jest otoczone blachami, ledwo mozna dostrzec charakterystyczne malowidlo, jedynym dobrze widocznym elementem jest pomnik Skanderberga. Wokol glownego placu ulokowane sa liczne kawiarnie, przed wejsciami do nich na tabliczkach mozemy zapoznac sie z menu i promocjami, ceny sa iscie bajkowe, za kawe i croissanta placi sie jedyne 3 zlote. Mam ze soba moja mala walizeczke, ale nie spieszy mi sie jeszcze do hotelu, przechadzajac sie w sloncu na jednej z ulic dostzegam fasade urzedu pocztowego, jest jeszcze otwarty, wiec wchodze i od razu kupuje znaczek na widokowke do Polski, nieco dalej znajduje maly sklepik z pamiatkami, gdzie zaopatruje sie w kartki nie ma wielkiego wyboru, ale zawsze zostanie jakas pamiatka po wizycie w tym rzadko przeciez odwiedzanym przez turystow miescie. W koncu kieruje sie do hotelu Jolly City Center, po drodze mijam targowisko w stylu „mydlo i powidlo”, ale nikt nie chce mi niczego wepchnac, miedzy tubylcami wygladam nieco egzotycznie. Hotel prezentuje sie bardzo elegancko, ale widoku z pokoju na smietnik zdecydownaie nie polecam, to chyba jakas przypadlosc hoteli w panstawch „rozwijajacych sie”. Po odswiezajacym prysznicu i zmianie garderoby ruszam w miasto, postanawiam skorzystac z ofert licznych kawiarni i rozkoszowac sie promieniami slonca w zimie przy aromatycznym espresso i ciastku. Miejsca przy chodniku sa juz zajete, ale zajmuje miejsce na kanapie pod baldachimem takze na zewnatrz i delektuje sie chwila. Popoludnie jawi mi sie niczym slodka nutka dekadencji, czas ruszyc na spacer po miescie, przemierzam parki i jedna z ulic „starego miasta”, po drodze mijam piramide a wedrowke koncze przy pomniku Matki Teresy, ktora wywodzi sie z Albanii wlasnie. Nieopodal placu trafiam na maly biurowiec, w podziemiach ktorego zlokalizowany jest supermarket Conad, gdzie sprzedawane sa przede wszystkim towary wloskiego pochodzenia; za sporo nizsza cene niz we Wloszech mozna kupic makarony marki Barilla, kawe Lavazza w roznych rodzajach, czekoladki Baci i inne frykasy. Wychodze ze sklepu obladowany niczym wielblad, juz nie musze martwic sie o kolacje ;) Decyduje, ze warto byloby jednak zjesc jeszcze cos cieplego, w jednej z piekarni zaopatruje sie w burek, czyli tradycyjne balkanskie ciasto, tym razem wybieram wersje z serem i szpinakiem. W Albanii slonce zachodzi pozniej niz w Polsce, w kolejnej wieczorowa pora socze espresso i zagryzam brioche. Robie jeszcze krotka rundke po ulicach Tirany i w koncu wracam doi hotelu, by byc wyspanym i gotowym do pobudki o poranku. Samolot linii Blue Panorama do Bolonii mam bowiem o 7 rano. W godzinach nocnych niestety nie kursuja autobusy, jestem zatem zdany na taksowke, bez problemu udaje mi sie znalezc wolna taryfe, kierowca za kurs zyczy sobie 2000 LEK, co jest calkiem dobra cena, o dziwo nie musze sie targowac i nikt nie probuje mnie oszukac, jak to mialo miejsce w Erywaniu, kiedy to kierowca po dowiezieniu mnie na miejsce zazyczyl sobie dodatkowe 1000 AMD, rzekomo za oplate parkingowa. Odprawa na moj rejs linii Blue Panorama juz sie rozpoczela, na lotnisku panuje wzmozony ruch, gdyz o poranku do Wloch startuja niemal wszystkie zbazowane tutaj samoloty. Pani na odprawie chce takze nadac moja mala walizke do luku, ale tym razem ze wzgledu na zawartosc bagazu decyduje sie wziac kabinowke na poklad samolotu. Rejs jest oblozony niemal w 100 %, na pokladzie prawie sami Albanczycy i garsta Wlochow, nie widze nikogo z innym paszportem ;) Samolot to stary model Boeinga, widac, ze jest mocno wyeksploatowany. Na pasie jestesmy rowniez odladzani i powoli kolujemy po dosc nierownej powierzchni pasa startowego. Za oknem wschodzi piekne slonce, a my wzbijamy sie w gore i powoli osiagamy wysokosc przelotowa. Zostawiamy balkanski brzeg i przelatujemy nad Morzem Adriatyckim w kierunki polnocnych Wloch. W trakcie lotu stewardessy serwuja wode mineralna. Rejs mija bardzo spokojnie, wynurzamy sie z chmur i ladujemy na lotnisku w Bolonii. Przede mna kilka godzin w oczekiwaniu na przesiadke (polaczenie linii Ryanair do Modlina), ktore spedzam na lekturze ksiazki przy wloskiej kawie i biscotti oraz Coca Coli Life. Ciao Italia!

Nothing Toulouse / 22.01.2017

W niedzielny poranek melduję się na lotnisku w Modlinie, kilka tygodni wcześniej w systemie linii Ryanair skusilem sie na tani bilet na trasie WMI-TLS w nadziei na milo spedziona jednodniowke w Tuluzie. Poniewaz rejsy na tej trasie odbywaja sie tylko 2 razy w tygodniu, musialem znalezc sobie odpowiednie polaczenie powrotne – idealnym rozwiazaniem okazal sie powrot linia easyJet z Tuluzy do Berlina tego samego dnia wieczorem.
Przed startem rejsu do Tuluzy spotyka mnie mila niespodzianka, steward sklada mi propozycje zajecia miejsca w rzedzie awaryjnym z wieksza przestrzenia na nogi. Sam lot przebiega bez zaklocen i po nieco ponad 2 godzinach ladujemy na lotnisku TLS. Miasto slynie z fabryki Airbusa, przy lotnisku widac hangary, w ktorym remontowane serwisowane sa samoloty francuskiej produkcji, na plycie stoja A380 oraz A350 – to pierwszy raz, kiedy widze ta maszyne na zywo. Po wyjsciu z samolotu czeka nas kontrola paszportowa. Wprawdzie Francja jest w stefie Schengen, ale po zamachach terrorystycznych i wprowadzeniu stanu wyjatkowego przywrocono kontrole dokumentow na granicy. Na lotnisku od razu znajduje male stoisko z pamiatkami, gdzie nabywam widokowki, a chwile pozniej udaje sie do saloniku prasowego po najnowszy numer trgodnika „Paris Match”. Musze dbac o moj poziom francuskiego, zwlaszcza teraz, kiedy uczeszczam na zajecia prowadzone przez native speakera.
Dojazd do centrum miasta jest bardzo prosty, spod terminala odjezdza tramwaj oraz autobus, istotna informacja to taka, ze automat biletowy przyjmuje jedynie monety euro, nie sa akceptowane banknoty ani karty platnicze czy kredytowe. Francuzi moga placic specjalna karta „carte bancaire”, to chyba odpowiednik niemieckiej karty EC. W poblizu zlokalizowany jest wprawdzie punkt obslugi pasazera, ale w niedziele jest czynny jedynie popoludniami. Zatem polecam sie zaopatrzyc w bilon. Przejazd tramwajem T2 do stacji metra "B" Palais de Justice zabiera mi okolo 40 minut, wsiadam do podziemnej kolejki i z jedna krotka przesiadka docieram do stacji Capitol, ktora miesci sie w samym sercu miasta na Placu Ratuszowym. Niestety, tego dnia aura nie sprzyja spacerom, jest pochmurno, mgliscie i pada lekki deszcz i az do wieczora sie to nie zmieni. Zatrzymuje sie na chwile w restauracji McDonald’s, testuje dwie male kanapki, ktore sa dostepne w ofercie francuskiej sieci. Po naladowaniu kalorii ruszam na krotki spacer po centrum, okazuje sie, ze jest ono calkiem nieduze i spokojnie w ciagu godziny mozna sie po nim pokrecic. Dzdzysta aura nie sprzyja spacerom, na ulicach i chodnikach jest niemal zupelnie pusto. Jak to zwykle we Francji, wszystkie sklepy sa w niedziele zamkniete, co jeszcze bardziej poteguje atmosfere „wymarcia”. O dziwo zamknieta jest takze duza ilosc knajp czy restauracji, pewnie swoje podwoje otwieraja jedynie w sezonie letnim.  Pod jednym z elegantszych hoteli w centrum miasta stoja dwa autokary, a przed gmachem hotelu ustawione sa barierki, na ktore napiera spory tlumek krzyczacych fanow, to jakas druyzna sportowa, niestety, nie bylem w stanie rozszyfrowac, kim byly oklaskiwane osoby, ktore wkrotce odjechaly podstawionymi autobusami. Przypadkiem docieram do kina, sprawdzam aktualny repertuar (nie tak znow inny od polskiego) i ceny biletow (10 euro), tuz obok znajduje sie moja ulubiona kawiarnia Starbucks Coffee, ale byc we Francji i isc do amerykanskiej kawiarni to raczej nie w porzadku, zwlaszcza ze nie widze zadnych kawowych nowosci w menu. Spacerujac dalej trafiam do malej cukierni z aneksem gastronomicznym, gdzie przesympatyczne panie serwuja slodkie i slone przekaski. Zamawiam espresso lungo, kanapke croque monsieur oraz croissanta z migdalami i zajmuje miejsce przy stoliku. Po degustacji francuskich klasykow zabieram sie za lekture magazynu „Paris Match”. Czas przy prasowce szybko uplywa, ruszam w droge po raz kolejny, tym razem juz bezposrednio pod gmach wymiaru sprawiedliwosci, gdzie znajduje sie przystanek, z ktorego wroce na lotnisko. Po drodze z zewnatrz zatrzymuje sie jescze przy katedrze sw. Szczepana oraz w kiosku z pamiatkami. Dominuje kolor fioletowy, ktory jest charakterystyczny dla tego regionu (Prowansja). Waskimi uliczkami docieram do tramwaju, w niedziele nie kursuja zbyt czesto, musze nieco poczekac na pojazd.

Na lotnisku calkiem spory ruch, w koncu to niedzielne popoludnie, moj rejs linii easyJet do Berlina zaplanowany jest na godzine 19:55, mam jeszcze czas, wiec zajmuje miejsce przy jednym ze stolikow nieopodal stanowisk odprawy, wzmacniam sie mala buteleczka likieru Baileys i wczytuje sie w ostanie strony biografie Coco Chanel. Kontrola bezpieczenstwa bardzo profesjonalna, po kilku minutach jestem juz w strefie air side lotniska i przy kawie i ciastku oczekuje na moj lot. Przy bramce obok akurat trwa boarding na lot linii Tunis Air do Tunisu, obserwuje sobie arabskich pasazerow, ktorzy jak zwykle na poklad zabieraja niemal caly swoj dobytek, nie liczac zwykle kllku sztuk bagazu rejestrowanego. Tymczasem na moj rejs do Berlina czeka podejrzanie mala liczba pasazerow – okazuje sie, ze tak zostaje juz do konca i w Airbusie A320 bedzie raptem 17 pasazerow oraz zaloga. W tym wypadku boarding przebiega niezwykle sprawnie, zaloga musi jeszcze dokonac relokacji miejsc, by wywazyc samolot. Znowu w przydziale dostaje miejsce w rzedzie ewakuacyjnym. Rejs uplywa mi bardzo przyjemnie, za oknem noc, ale niebo jest wypogodzone, wiec moge podziwiac z gory swiatla miast. Berlin Schönefeld, serdecznie witamy! :)

Sprint z Pragi do Radomia / 08.01.2017

W niedzielnie przedpołudnie melduje sie na praskim lotnisku Ruzyne im. Vaclava Havla. Po powrocie z imprezy jestem nieco zmeczony, czas uzupelnic kalorie w restauracji McDonald’s, gdzie w menu sniadaniowym pojawila sie interesujaca i calkiem smaczna pozycja w postacji bajgla z jajkiem i bekonem. Pozniej jeszcze zakupy czeskich przysmakow w Billi (m.in. czekolada Studentska) i oczekuje juz na otwarcie odprawy mojego rejsu linii Sprint Air do Radomia. Korzystajac w promocji tej linii mozna bylo kupic bilet z Pragi do Radomia za jedyne 58 zl, w cenie przelot najmniejszym samolotem pasazerskich, jaki lata po polskim niebie, czyli Saabem 340. Kiedy tak wpatruje sie w dosc bogata tablice odlotow podchodzi do mnie pani z informacji turystycznej przeprowadzajaca ankiete i zadaje pytania dotyczace mojego pobytu w Pradze. Na poczekaniu zmyslam sobie co nieco, bo zdaje sobie sprawe, ze moj mocno niestandardowy sposob podrozowania tylko na impreze nie miesci sie w kanonie, wole wiec po raz kolejny nie wzbudzac niezdrowej sensacji. Po odpowiedzi na pytania ankieterki dostaje maly magnesik z logo promujacym Prage, wyglada nawet, nawet.

W koncu 1,5 h przed odlotem otwarte zostaja stanowiska odprawy linii Sprint Air, dwaj panowie z obslugi wydaja karty pokladowe i przyjmuja bagaze. Z racji malych wymiarow samolotu limity bagazowe sa mocno ograniczone, ale tym razem mam ze soba tylko torbe Fred Perry, wszakze dotarlem do Pragi poprzedniego wieczora pociagiem. Karta pokladowa, ktora odebralem, to chyba najbrzydsza karta, ktora kiedykolwiek odebralem, zero szaty graficznej, same czarne litery na bialym papierze. Kontrola bezpieczenstwa nieco sie dluzy, bo w samo poludnie jest wiele odlotow z praskiego lotniska. Przechodze przez dlugie korytarze lotniska pod bramke C18, pasazerowie lecacy do Radomia to w sumie 33 osoby, zatem pelne oblozenie maszyny. Boarding rozpoczyna sie na kwadrans przed odlotem, autobusem zostajemy podwiezieni pod malenki zasnieziony samolot stojacy w oddali na plycie lotniska. Wyglada na niesamowicie maly, zastanawiam sie, czy sie do niego zmieszcze, ale nie jest tak zle. W progu wita nas tylko jedna stewardessa, p. Aleksandra Michalak, kapitanem rejsu jest p. Slawomir Talowski, nasz rejs do Radomia ma zajac 1 h 30 min. Samolot posiada konfiguracje siedzen 1-2, mnie zostalo przydzielone miejsce przy oknie 7A, rzad 6 to rzad z wyjsciami ewakuacyjnymi. W srodku nie ma wiele miejsca, pod siedzeniem przede mna ledwo miesci sie moja torba, a wcale nie jest tym razem duza, kurtki zimowe nawet nie dadza sie wepchnac do schowka :( Na razie to jednak nie problem, poniewaz w srodku panuje lodowate zimno.Stewardessa (rowniez w zrgabnym palcie) prezentuje nam procedure bezpiezenstwa i oczekujemy na start, ktory z powodu kolejki od odladzania opoznila sie prawie o godzine! W tym czasie kapitan nawet slowem nie powoiedzial, ze to bedzie tak dlugi trwalo. W koncu jednak silnik porusza smigla i wznosimy sie do Polski. Tuz po starcie z panelu nad glowa pasazera w pierwszym rzedie spada kratka wraz z gabka. Stewardessa naprawia usterke i przykleja czesc samolotu plaster (sic!). Na szczescie wiecej niespodzianek juz nie ma, rejs odbywa sie bez turbulencji, serwis pokladowy to woda i Princessa. W koncu po 90 minutach lotu laduemy na lotnisku w Radomiu. Chytra baba patrzy!