Hiszpañskie oliwki, czyli Alicante & Valencia / 28.10.2017 - 29.10.2017

W sobotę bladym świtem (bardziej poprawnym stwierdzeniem będzie chyba ciemna noc) melduję się na Lotnisku Chopina, jest 4 rano, ruch w porcie lotniczym na razie znikomy, szybko przechodze przez kontrole bezpieczenstwa i oczekuje na moj rejs linia WizzAir do Alicante. Jest to ostatni rejs na tej trasie konczacy sezon zimowy, oczekuje wiec, ze ilosc pasazerow na pokladzie bedzie znikoma, a ku mojemu zaskoczeniu samolot do Hiszpanii odlatuje z bardzo duzym oblozeniem, zdecydowana wiekszosc pasazerow to Polacy. Boarding rozpoczyna sie planowo do Airbusa A320 tradycyjnie zostajemy przewiezieni autobusem. Dawno nie lecialem tym przewoznikiem, dopiero po zajeciu mojego miejsca 15B (przydzielonego automatycznie podczas odprawy online) przypominam sobie, jak ciasno jest w kabinie niskokosztowego przewoznika, ledwo sie mieszcze na moim miejscu, trwajacy 3 godziny lot spedzilem zatem w dosc malo komfortowych warunkach, ale kluczowym czynnikiem decydujacy o zakupie byla tutaj niska cena biletu. Kapitan Jozef Solski bardzo gladko laduje w Alicante, z powietrza widac juz palemki, a na niebie samo slonce, po chmurach, ktore krazyly nad Polska ani sladu. Ku mojemu zaskoczeniu deboarding odbywa sie przez rekaw, to wrecz niespotykana praktyka w przypadku taniej linii lotniczej, dotychczas tylko raz korzystalem z takiego udogodnienia na lotnisku we Wroclawiu odlatujac linia WizzAir do Oslo Torp. Na lotnisku jest calkiem sporo podroznych, musze sie przeciskac przez nich, by jak najszybciej dotrzec do busa odjezdzajacego do miasta, kursuje co 20 minut i odjezdza z przystanku zlokalizowanego na poziomie odlotow, na szczescie udaje mi sie zdazyc, bilet kupimy u kierowcy za 3.85 EUR i okolo kwadrans pozniej jestesmy juz przy promenadzie w centrum miasta. 
Pierwsze kroki kieruje do kiosku z pamiatkami, gdzie zaopatruje sie w widokowki, nastepnie zas udaje sie do polozonego nieopodal urzedu pocztowego Correos po znaczki (cena znaczka na kartke do Polski to 1,25 EUR), formalnosci zalatwione, nadzedl czas na nieco bardziej syte sniadanie, tutaj pomoze mi niezawodna McCafé, gdzie zamawiam kanapke z tunczykiem i cappuccino. Po posilku wypisuje pocztowki i chwile pozniej wrzucam je do duzej zoltej skrzynki pocztowej, bez problemu mozna je zlokalizowac na miescie. Teraz czas na krotki spacerek waskimi uliczkami Alicante, miasto wyglada jak to typowo hiszpanskie miasteczko, niewiele rozni sie od tych, ktore juz wczesniej widzialem i za ktore ten kraj bardzo sobie cenie. Podczas spaceru natrafiam na bardzo elegancko ubrane grupy ludzi, kierujace sie do kosciola, podejrzewam, ze to jakas uroczystosc rodzinna w stylu slubu badz chrztu. Pogoda caly czas dopisuje, jest 27 stopni, postanawiam skorzystac zatem z urokow miejskiej plazy, gdzie rozkladam sie na kocyku. Innych plazowiczow jest calkiem sporo, ewidentnie nie jest to jeszcze koniec sezonu. Po okolo 2 godzinach laby zbieram sie do dworca kolejowego, z plazy potrzeba okolo 20 minut, aby pieszo dotrzec na stacje. W kasie biletowej nabywam za 20 euro bilet na pociag EUROMED do Walencji. Jak w calej Hiszpanii przed wejsciem na perony odbywa sie kontrola bezpieczenstwa, bagaze sa przeswietlane, nieco dalej przed wejsciem na sam peron odbywa sie kontrola biletow, w pociagu nie zostalem proszony o okazanie dokumentu przejazdu przez jego obsluge. Sam pociag jest to hiszpanska wersja pendolino, kursuje na trasie z Alicante do Barcelony. Sam pociag podoba mi sie o wiele bardziej niz polska wersja EIP IC, jest w nim zdecydowanie wiecej miejsca – tego do siedzenia a takze tego na bagaz.
Po 1 h 40 minutach jazdy pociagiem (jego szybkosci wcale sie nie odczuwa) wysiadam na dworcu w Walencji, czas uzupelnic kalorie kanapka o z szynka iberico i kolejna kawa. Zaraz po wyjsciu ze stacji ruszam na glowna ulice zakupowa, gdzie kusza mnie okna wystawowe moich ulubionych hiszpanskich sieciowek spod skrzydel Inditexu, ulegam wiec na dlusza chwile pokusom i dopiero pozniej kontynuuje moje spacery. Na deser zostawiam sobie spacer do Miasteczka Sztuki i Nauki, ktory wiedzie dawnym korytem rzeki, obecnie pieknie ukwieconym, obsadzonym bujna roslinnoscia. Kiedy docieram do kompleksu Ciudad de las Artes y las Ciencias powoli zapada zmrok, futurystyczne biale budowle sa pieknie podswietlone, przy tych gmachach chowa sie nawet gmach opery w Sydney, ktory mialem okazje podziwiac w kwietniu. Nieopodal znajduje sie centrum handlowe Aqua, gdzie w supermarkecie Mercadona zaopatruje sie w lokalne przypanki (jamón Serrano, cuajada, tortilla con patatas), moja uwage przykuwa zwlaszcza puszka bezkofeinowej Coca-Coli light, smakuje tak samo jak oryginal :D Powoli czas sie zbierac, miasto ozywa, mieszkancy Walencji biesiaduja w knajpach, ja jeszcze biore na wynos w kawe w Starbucks Coffee (wczesniej zaliczylem jeszcze donuty Hallowen) i zbieram sie na ostatni kurs autobusu lotniskowego 150, ktorym za 1,45 EUR docieram na lotnisko. Dzisiejsza noc jest wyjatkowa, gdyz spimy o godzine dluzej z racji zmiany czasu z letniego na zimowy. Nocka na lawce w terminalu nie nalezy do przyjemnych, zwlaszcza ze w terminalu jest dosc chlodno a krzesla maja podlokietniki i nie sposob sie wygodnie usadowic. Kilka minut po 4 rano nadchodzi czas na toalete i kontrole bezpieczenstwa, o tej porze przebiega ona bardzo sprawnie. Lotnisko nie robi na mnie pozytywnego wrazenia, jak na 3. miasto w Hiszpanii wyglada na zapyziale i opuszczone, do czasu boardingu nie otworzylo sie zadne stoisko, sklepik czy kawiarnia, wsiadalem na poklad rejsu linii Ryanair bez porannej kawy. Rejs do Krakowa podobnie jak lot z dnia poprzedniego trwa 3 godziny, podczas podchodzenia do ladowania samolotem nieco buja ze wzgledu na silny orkan Grzegorz, ktory tego dnia sieje spustoszenie w Europie Srodkowo-Wschodniej, na szczescie w koncu kapitan dotyka pasa w lotnisku na Balicach. Do uslyszenia w listopadzie!

Chorwacka Pula nagród / 14.10.2017-15.10.2017

W sobotnie przedpoludnie pojawiam sie na moim ulubionym Lotnisku Chopina, skad w samo poludnie mam wystartowac w rejs do Puli. Wprawdzie chorwackie wybrzeze Adriatyku nie bylo moja wymarzona destynacja, ale w ramach Szalonej Srody PLL LOT mozna bylo za bardzo rozsadna cene dostac sie na poludnie Europy jesienia, kiedy w Polsce aura juz nie dopisuje. Po tradycyjnym relaksie w lotniskowym saloniku Polonez udaje sie pod gate na boarding, rejs odbywa sie Dashem Q 400, zatem do maszyny jestesmy dowozenie autobusem. Z racji konca sezonu na pokladzie jest jedynie 20 osob, z informacji obslugi naziemnej wynikalo, ze jedna osoba sie nie stawila na rejs. Sam lot do Puli trwa 1 h 40 minut, kapitanem rejsu jest pan Robert Herman a szefowa pokladu to pani Dominika Adach. Nie przepadam zaa podrozami na pokladzie malych samolotow turbosmiglowych, ale mimo faktu ze prawie 40 minut lecielismy nad chmurami, sygnalizacja zapiecia pasow byla wlaczona tylko na chwile. Od niedawna w PLL LOT na trasach miedzynarodowych ponownie serwowana jest kawa, herbata i woda oraz niesmiertelny wafelek Prince Polo. Mialem okazje siedziec na miejscu bezposrednio przed para chlopakow, z ktorych jednego kojarze z obslugi lotniska. Chcac nie chcac slyszalem ich rozmowy, wynikalo z niej, ze nasz narodowy przewoznik w przyszlym roku uruchomi polaczenie do Skopje a tazke caloroczne rejsy do Dubrovnika (w rozkladzie zimowym operowanie bedzie oczywiscie mniejsze). Do stolicy Macedonii wybieram sie od dawien dawna, w koncu mozliwy bylby calkiem  rozsadny (taka mam przynajmniej nadzieje) dojazd w te strony. A tymczasem laduje na na malutkim lotnisku w Puli, na zewnatrz swieci piekne slonce, humor dopisuje. Shuttle busem za 30 kun ruszam na dworzec autobusowy, a stamtad juz pieszo docieram do scislego srodmiescia, gdzie w jednej z kamienic mam zarezerwowany apartament na ta weekendowa noc. Kilkaset metrow za dworcem autobusowym znajdziemy bardzo dobrze zachowane koloseum, ktore mozna po dzis dzien podziwiac, budowla moze nie jest tak monumentalna jak ta w Rzymie, ale wydaje mi sie, ze jest lepiej zachowana. Po rozlokowaniu sie w mieszkaniu ruszam na spacer po miescie, punktem centralnym jest maly plac przy Łuku Sergiusza (Złota Brama), obok znajduje sie McDonald’s, gdzie kieruje pierwsze kroki i zamawiam McSundae o smaku speculous. Stara czesc Puli bardzo przypomina wloskie miasteczka, waska zabudowa, brukowana lub miejscami marmurowa nawierzchnia, typowe dla tego regionu okiennice a takze dwujezyczna nomenklatura (nazwy ulic czy urzedow sa podawane w jezyku chorwackim oraz wloskim) nie pozostawiaja watpliwosci, kto kiedy rzadzil tym regionem. Na placu nazwanym Forum Romanum mozna podziwiac wystep tancerek w kolorowych strojach, ja od glosnej muzyki uciekam na nabrzeze, gdzie cumuja statki, niektore z nich to prawdziwe kontenerowce (np. Santiago). W zapomnianej kaplicy trafiam na slub mlodej pary, uczestnicy orszaku weselnego glosno trabia klaksonami w autach. Powoli zapada zmrok, kieruje sie wiec do superkarketu Spar, gdzie chce zaopatrzec sie w lokalne specjaly, niestety wybor nie jest zbyt szeroki a ceny przypominaja bardziej Europe Zachodnia. W drodze powrotnej wstepuje do kawiarni na klasyczny burek z serem, a w mieszkaniu blyskawicznie zasypiam.
Kiedy budze sie o poranku widok za oknem przeslania gest mgla, nie moge podziwiac zatem panoramy Puli, taka aura utrzymuje sie nad miasteczkiem az do poludnia. Jak to mam w zwyczaju podzcas moich wypadow sniadanie staram sie jesc na miescie w lokalnych kawiarniach, tym razem Apfelstrudel i espresso konsumuje na zewnatrz w ogrodku jednej z kawiarni na starym miescie a pozniej na deser zamawiam jeszcze nalesniki z sosem truskawkowym w McDonald’s (sic!). Ruszam w droge powrotna na lotnisko, shuttle bus niestety nie jest dostosowany pod rozklad wszystkich rejsow, bede musial spedzic w terminalu nieco wiecej czasu, ale mam ze soba ksiazke „Cesarz” Ryszarda Kapuscinskiego, wiec sie nie nudze; siegnalem po ta pozycje specjalnie z racji mojej przyszlorocznej wyprawy do Etopii. Okolo 1.5 h przed odlotem otwieraja sie stanowiska odprawy linii Croatia Airlines, na pokladzie samolotu Dash Q 400 tej linii polece do Zagrzebia, po szybkiej kontroli bezpieczenstwa zajmuje miejsca w strefie airside, gdzie na zainstalowanych w hallu fotelach lotniczych obserwuje plyte lotniska i ladujacy samolot, ktory zabierze zas w podroz powrotna. Sam boarding przebiega bardzo sprawnie i startujemy nawet przed czasem, z racji pieknej pogody i malowniczych widokow odnosze wrazenie, ze to rejs widokowy, podczas krotkiego lotu pasazerom za darmo podawana jest woda mineralna, za wszelkie przekaski trzeba slono placic. Po wyladowaniu na lotnisku w chorwackiej stolicy zostajemy autobusem przewiezeni do terminalu, gdzie ma miejsc kontrola paszportowa (Chorwacja nie jest w strefie Schengen), obywa sie bez kolejnej kontroli bezpieczenstwa, w koncu lot PUY-ZAG to polaczenie krajowe. Na moj kolejny rejs PLL LOT do Warszawy musze poczekac okolo 2 godzin, ktore milo spedzam przy kawie w lotniskowej CaffèNero. Wprawdzie sam boarding sie nieco opoznia, ale startujemy o czasie i chwile pozniej na pokladzie wita nas pani Agata Nalepa. Tym razem rejs jest wykonywany wieksza maszyna Embraer 170, w porownaniu z samolotem turbosmiglowym komfort jest znacznie wyzszy. Po osiagnieciu wysokosci przelotowej kapitan Krzysztof Macała przekazuje podstawowe informacje o locie, pogoda na trasie jest wysmienita, caly czas widac pod nami swiatla mijanych miast. Warszawa z lotu ptaka jak zawsze urzeka. Halo Warszawa!

Chinka Czikulinka z Szanghaju / 30.09.2017 - 04.10.2017

Kolejny wrzesniowy weekend i tak sie sklada, ze przede mna kolejna podroz; tym razem czeka mnie pierwsze spotkanie z chinska kultura. Panstwo Srodka od dawna mnie kusilo; wprawdzie zdecydowanie bardziej wolalbym zobaczyc chinska stolice, ale skoro Qatar Airways z racji noworocznej promocji zaproponowal rejsy na trasie Warszawa-Doha-Szanghaj za jedyne 1240 zl, to postanowilem skorzystac. Tak sie zlozylo, ze nieco pozniej pojawil sie blad taryfowy linii Finnair, dzieki ktoremu wybiore sie do Pekinu w lutym 2018 roku. Odliczanie rozpoczęte, a tymczasem w piatek ok. godz. 16:00 bezposrednio po pracy melduje sie na Lotnisku Chopina, grzecznie zajmuje miejsce na koncu kolejki do odprawy biletowo-bagazowej katarskiego przewoznika. Wprawdzie otwartych jest kilka stanowisk, ale pasazerowie sa obslugiwanie w zwolnionym tempie, gdyz w swoich obowiazkach wprawiaja sie nowi lotniskowi agenci i potrzebuja wiecej czasu. Po podejsciu do stanowiska (bardzo) mlody pan weryfikuj moja wize chinska a jego trenerka dodaje, ze spodziewala sie po mnie biletu dla zalogi (staff ticket), gdyz na szyi mam zalozona smyczke z logo i identyfikatorem przewoznika. To taka pamiatka z mojego okresu pracy we wroclawskim biurze Qatar Airways, teraz to tylko mgliste wspomnienie, na szczescie moge latac po swiecie na potwierdzonych biletach, a nie mocno ryzykownych niepotwierdzonych biletach typu stand by. Odbieram karty pokladowe na moje rejsy, po raz pierwszy bede startowal z Warszawy na pokladzie samolotu szerokokadlubowego, kiedy ostatnio w styczniu 2014 roku lecialem QR z Okecia trase DOH-WAW-DOH obslugiwal jeszcze maly Airbus A320, teraz zas to codzienne polaczenie wykonywane jest przez maszyne Airbus A330. Kolejka do kontroli bezpieczenstwa ciagnie sie niemilosiernie, potrzebuje ponad 20 minut, by sie przez nia przebic, potem jeszcze kontrola paszportowa, ale po drodze znajduje chwilke na skropienie sie zapachem Chanel Egoist. Po podejsciu do stanowisk strazy granicznej potwierdzam doniesienia prasowe: zostaly one rozbudowane i teraz jest ich wiecej, co umozliwia szybsze przedostanie sie pasazerow do strefy Non-Schengen. Ostatnimi czasy zwiekszyla sie liczba operowanych kierunkow poza UE, w zwiazku z czym nalezalo zadbac o odpowiednia przepustowosc lotniska w tym obszarze. Boarding rejsu opoznia sie okolo kwadrans, gdyz przy bramce obok wciaz sa wywolywani podrozni odlatujacy rejsem LO do Chicago. W koncu mozemy zajac miejsca na pokladzie, samolot jest nowszego typu, pod siedzeniami nie ma skrzynek obslugujacych system rozrywki, wiec mam calkiem sporo przestrzeni na nogi. Samolot wzbija sie tym razem odpowiednio dluzej, co wynika z jego rozmiarow i odpowiednio wiekszej masy startowej, w koncu odrywamy sie od pasa startowego i ruszamy w kierunku wschodnim, rejs do Kataru trwa nieco ponad piec godzin, tam mam nieco ponad 2 godziny na przesiadke i ruszam w dalszy dziewieciogodzinny rejs do Szanghaju. Start ma miejsce ok. 02:30 w nocy czasu lokalnego, okolo godzine po starcie serwowana jest obiadokolacja i chwile pozniej zaloga rozpoczyna usypianie kabiny, stewardessy prosza o zasloniecie okien, gdyz lecac na wschod niebawem do kabiny wpadna pierwsze promienie slonca. Skupiam sie na pokladowym systemie rozrywki, o ile znakomita wiekszosc filmowych hitow mam obejrzana, to siegam po sprawdzone przeboje muzyczne a po dawce drinkow udaje mi sie nieco zasnac. Niestety, aura nas Szanghajem jest deszczowa, ladujemy w chmurach i dopiero tuz nad lotniskiem Pudong widac ziemie. 

Po wyjsciu z samolotu udaje sie do kontroli paszportowej, niestety na pokladzie nie rozdawano kart migracyjnych, w zwiazku z czym trace nieco czasu na wypelnienie zoltych formularzy (podstawowe dane osobowe oraz miejsce zatrzymania sie w Chinach), ktore znajdziemy na poleczkach umieszczonych przed stanowiskami strazy granicznej. O podobnym czasie laduje samolot Turkish Airlines ze Stambulu, przez co kolejka sie wydluza, ale za to juz po kontroli moge odebrac moj bagaz z tasmy i nie musze na niego czekac, jak to czesto bywa na innych lotniskach. Do mojego hotelu zlokalizowanego w samym centrum Szanghaju w poblizu Ulicy Nankinskiej docieram metrem, w punkcie obslugi klienta nabywam bilet (w formie papierowej karty, ktora przy wejsciu i wyjsciu ze stacji przyklada sie do czytnika) na 72 h na komunikacje miejska (koszt 45 CNY) i po okolo godzinie jazdy linia numer 2 wysiadam na stacji People’s Square. Po drodze na jednej z poczatkowych stacji podziemnej kolejki trzeba sie przesiasc ze skladu 4-wagonowego do 8-wagonowego odjezdzajacego z tego samego peronu po przeciwnej stronie. Warto dodac, ze przy wejsciu na stacje przeswietlane sa nasze bagaze, a podczas przemieszczania sie po miescie nalezy miec odpowiedni zapas czasu, gdyz przesiadki w obrebie stacji przesiadkowych sa dosc czasochlonne ze wzgledu na dystans, ktory trzeba pokonac w podziemnych korytarzach, lecz same polaczenia transferowe sa bardzo dobrze oznaczone.

Moj pobyt w Szanghaju bede bardzo dobrze wspominac, chociaz efektu wow tym razem nie bylo. Mysle, ze im wiecej podrozuje, tym mniej rzeczy jest mnie w stanie zaskoczyc, ale nie znaczy to, ze zamierzac skonczyc z lataniem, jakas tajemnicza sila wciaz pcha mnie w swiat. Szanghaj to prawdziwa metropolia, ktora liczy okolo 20 milionow mieszkancow, urzekly mnie te dzikie przewalajace sie tlumy, a najbardziej obraz policjantow i zolnierzy, ktorzy musieli kierowac ruchem pieszam w scislym centrum. W godzinach popoludniowych zamykano nawet jedna z glownych stacji metra, gdyz natlok pasazerow byl tak duzy, ze zagrazal bezpieczenstwu podroznych. Radze przygotowac sie zatem na wizyte w miescie-molochu, ktore ma jednak swoja jasniejsze oblicze. Polecam wizyte na Starym Miescie, spacer po Zygzakowatym Moscie i ogrodach Yuyuan. Parkow w Szanghaju jest pod dostatkiem, mimo faktu, ze w dzielnicy Pudong mieszca sie liczne drapacze chmur, jak slynna Perla Orientu czy tez drugi najwyzszy budynek na swiecie Shaghai Tower. Warto przyjsc na nabrzeze Bund wieczorem, by napawac sie panorama drugiego brzegu, gdzie na drapaczach chmur codziennie do godziny 23:00 mozna podziwiac piekne kolorowe swiatla i wizualizacje. W Szanghaju bezposrednio przy stacji metra Shanghai Science and Technology Museum znajduje sie slynny bazar w stylu „fake market”, na ktorym mozna okazyjnie kupic znane swiatowe marki w bardzo okazyjnych cenach, oczywiscie nie sa to oryginalne produkty, a jedynie podroby, chociaz naprawde niektore towary wygladaja ludzaco podobnie, jak to na AliExpress, z ta roznica, ze tutaj na bazarze trzeba sie mocno targowac. Jesli zas chodzi o zakupy spozywcze to zdecydowanie polecam wypad do centrum handlowego przy stacji metra Zhongshan Park, gdzie znajdziemy francuski hipermarket Carrefour, a na polkach takie specjaly jak imbirowa Coca Cola, chipsy Lays o smaku limonki, najrozmaitsze napoje sojowe czy ksiezycowe ciastka z niespodzianka, a co wazne to te smakolyki sa bardzo przystepne cenowo. W Szanghaju pomiedzy blokami znajdziemy takze buddyjskie swiatynie, przypadkowo naprzeciwko swiatyni Jing'an natknalem sie na lokal Dunkin’ Donuts, w ktorym mozna skosztowac paczka z nadzieniem matcha. Mnie bardzo przypadla do gustu Świątynia Nefrytowego Buddy, gdzie w poszczegolnych komnatach mozna podziwiac rozne wcielenia Buddy a na dziedzincu wierni okadzaja sie za pomoca patyczkow. Szanghaj to niby Azja, ale bardzo mocno nawiazujaca do kultury zachodniej, na kazdym kroku spotkac mozna lokale sieci McDonald’s czy Starbucks Coffee, w McD polecam zestaw sniadaniowe, gdzie zupke z buleczka lub kawe z mala kanapka mozna dostac juz za 6 CNY, zas mala kawa (praktycznie kazdego rodzaju) kosztuje w Starbucks okolo 35 CNY. Mnie przypadly do gustu takze lokalne knajpki, gdzie mogle sprobowac pysznych pierozkow w ksztalcie sakiewek, kulek z czerwona fasola czy ziolowej galaretki. 
Poza tym polecam serdecznie japonskie sklepi Unisono, ktore wedlug mnie sa lokalnym odpowiednikiem dunskiej sieci sklepow Tiger, zatem znajdziemy tam mydlo i powidlo, mnie udalo sie wypatrzec plocienna torbe z Rozowa Pantera, pojduszke-zaglowek czy tez bananowy krem a za wiekszosc produktow zaplacimy grosze. A propos platnosci: radze nastawic sie na uzywanie gotowki, gdyz platnosc kartami wydanymi poza Chinami jest (poza hotelami czy niektorymi wiekszymi sklepami typu Nike, ale juz nie Carrefour) praktycznie niemozliwa, przyjmowane sa niemal wylacznie karty z logo UnionPay, ponadto powszechnie akceptowalne sa platnosci przy uzyciu mobilnych aplikacji ze smartfonow jak AliPay czy WePay, uzywane oczywiscie przez lokalsow. Jesli chodzi o komunikacje, to uprzedzam, ze o porozumiewaniu sie w jezyku angielskim mozna zapomniec, pozostaje nam uniwersalny body language, by dogadac sie z Chinkami-Czikulinkami. Powodzenia!:)                

Zlaty bazant, czyli Bratislava / 24.09.2017

Nadszedl kolejny weekend, czas nadrabiac zaleglosci za wakacyjna posuche, przede mna od dawna zaplanowana krotka wycieczka do Bratyslawy. Jak tylko WizzAir oglosil uruchomienie nowego polaczenia z Warszawy do slowackiej stolicy, postanowilem z niego skorzystac, gdyz wczesniej nie mialem okazji odwiedzic tego miasta, a kilkakrotnie przejezdzalem przez okolice. W sobotni wieczor punktualnie o godzinie 21:00 odjezdzam z Dworca Centralnego nocnym polaczeniem PKP IC „Chopin”, ktory laczy Warszawe z Praga, Wiedniem i Budapesztem, moja miejscowka znajduje sie w wagonie podazajacym do wegierskiej stolicy. Jazda w nocy trwa dosc dlugo, gdyz na stacjach Bohumin (czesc wagonow odjezdza do Pragi a czesc przybywa z Krakowa) i Breclav (czesc wagonow odjezdza do Wiednia a czesc przybywa z Berlina jako pociag EuroNight Metropol) pociag jest odpowiednio rozdzielany, co trwa dosc dlugo. Na szczescie wszyscy pasazerowie z mojego przedzialu wysiadaja na stacji w Katowicach i potem az do samej Bratyslawy podrozuje w bardzo komfortowych warunkach, przechodzac korytarzem mam wrazenie, ze znalazlem sie w pociagu widmo, oprocz konduktorow nie widac niemal zadnych ludzi w wagonie, ewidentnie wstrzelilem sie z data. Przed godzina 6 rano wysiadam na dworcu kolejowym w Bratyslawie – jest ciemno, zimno, sadzac po mokrej nawierzchni i licznych kaluzach wlasnie przestalo padac. Hala glowna robi na mnie bardzo posepne wrazenie, dworzec jest zapuszczony, przypomina prowincjonalna stacyjke, przy stanowiskach kasowych tloczy sie grupka podroznych, po katach leza bezdomni w otoczeniu swojego dobytku, jest zamknieta na glucho knajpa serwujaca kebab oraz sa automaty z napojami i przekaskami a takze kiosk z prasa i papierosami. Z uwagi na swoje polozenie na styku granic z Austria i Wegrami przez stacje przejezdzaja pociagi do Wiednia i Budapesztu, z racji zaslosci historyczno-politycznych Bratyslawa jest takze bardzo dobrze skomunikowana z Praga. Wobec tak licznego ruchu pasazerskiego az dziw bierze, ze stacja kolejowa niemal straszy i wyglada jak z poprzedniej epoki. Mimo niesprzyjajacej aury ruszam w droge do srodmiescia, marzy mi sie sniadanie w kawiarni, ale po dojsciu do bardzej reprezentacyjnej czesci miasta nic takiego nie rzuca mi sie w oczy. Na placyku spotykam kilku podchmielonych gosci wracajacych z imprezy, Bratyslawa spi jeszcze kamiennym snem, wszystkie lokale sa zamkniete (wlaczajac w to restauracje McDonald’s, co jest dla mnie sporym szokiem), co jakis czas spotykam jedynie spacerowiczow z psami.
Kieruje sie do brzegu Dunaju, w centrum w wielu miejscach umieszczone sa mapki miasta wraz z ciekawymi wskazowkami dla turystow, nie sposob sie tutaj zgubic. Korzystajac z jednego z takich punktow informacyjnych trafiam na niebieski kosciolek sw. Elzbiety, ktory na tle szarej zabudowy dokola prezentuje sie wyjatkowo zgrabnie. Kilkaset metrow dalej staje przed ruchliwa trasa, po jej drugiej stronie wyroslo centrum handlowe Eurovea, ktore w dalszym ciagu jest rozbudowywane. Za nimi znajduja sie nowoczesne wiezowce o ostrych ksztaltach a w budowie jest takze kompleks wysokosciowcow w ksztalcie walcow zaprojektowany przez pracownie architektoniczna Zahy Hadid, dopiero z tego miejsca widac, ze Bratyslawa sie rozbudowuje. Trafiam takze na zawieszony nad Dunajem most laczacy oba brzegi rzeki, ktory przeznaczony jest jedynie do ruchu pieszego, rowerowego i tramwajowego, samochody nie maja na niego wjazdu. Po prawej stronie podziwiam skrywajacy sie w chmurach zamek oraz most w ksztalcie spodka UFO. Po wykonaniu kilku fotek schodze na dol i odkrywam, ze oprocz centrum handlowego miesci sie tam takze nowa elegancka siedziba teatru narodowego i opery. Marmurowa fasada bardzo mi sie podoba. Stary gmach opery zlokalizowany jest bowiem przy placu Hviezdoslavovo námestie. Mimo wczesnej pory (jest ok. 7:30 rano) okazuje sie, ze centrum handlowe jest juz otwarte, od 07:00 mozna zrobic zakupy w Billi i skwapliwie korzystam z tej mozliwosci, a w koszyku laduje czekolada Studentska z orzeszkami ziemnymi, galaretką i rodzynkami oraz jogurt Activia o smaku kakao. Po wyjsciu z supermarketu moge juz przejsc do restauracji McDonald’s, gdzie oprocz kawy konsumuje takze swiezego bajgla wypelnionego po brzegi smacznym nadzieniem.
Czas na dalszy spacer, na starym miescie mijam ladne kolorowe odrestaurowane kamienice, liczne kosciolki czy inne instytucje (np. dom kata). Niby ma to wszystko swoj urok, ale przy szarej jesienne aurze jednak nie potrafie sie odpowiednio wczuc w taki malomiasteczkowy klimat, zdecydowanie preferuje miejskie dzungle. Mam jeszcze sporo czasu, wiec wspinam sie na wzgorze zamkowe, oprocz zamku (hrad) po przeciwnej stronie dzialki wznosi sie budynek slowackiej Rady Narodowej. Warto wejsc na gore nawet nie dla tych budynkow, ale dla widoku, z gory mozna podziwiac miasto i okolice, po drugiej stronie Dunaju rozposciera sie widok na potezne osiedle mieszkaniowe Petržalka. Po nacieszeniu sie widokami czas wracac do miasta. Tym razem wybieram kawiarnie polaczona z ksiegarnia Urban Space, zamawiam roibos latte i przy okiennej ladzie chlone atmosfere tego miesjca.  Po dluzszej chwili dekadencji kieruje sie do dworca kolejowego, skad autobusem linii 61 docieram na lotnisko. Bratyslawski port lotniczy im. Stefanika (zwlaszcza w porownaniu do podupadlego dworca kolejowego) prezentuje sie bardzo okazale, az zal, ze siatka kierunkow z niego operujaca jest tak mala i obejmuje niemal samych tanich przewoznikow. Na godzine 16:30 w niedziele przypada popoludniowy szczyt, gdyz niemal o tej samej porze przylatuja i startuja 3 samoloty (WizzAir do Skopje i Warszawy oraz Ryanair do Manchesteru). Kontrola bezpieczenstwa przebiega bardzo sprawnie, mam jeszcze duzo czasu do boardingu mojego rejsu WizzAir do WAW, a ze skonczylem juz czytac ksiazke, ktora wzialem w podroz, to w lotniskowej kawiarni delektuje sie espresso. Boarding rozpoczyna sie przed czasem, moja uwage zwraca fakt, ze bardzo skrupulatnie sprawdzane sa rozmiary bagazy podrecznych, w tej chwili czuje ulge, ze od konca pazdziernika wegierski przewoznik wycofa sie z podzialu na maly i duzy bagaz podreczny. Po wejsciu na poklad kapitan Tomasz Lewandowski wita pasazerow i podaje informacje o locie, rejs do Warszawy trwa okolo 1 godziny i planowo ladujemy na stolecznym Lotnisku Chopina. Halo Warszawa!           

Galicyjskie impresje / 16.09.2017 - 18.09.2017

W sobotni poranek melduje sie na ulubionym Lotnisku Chopina, przy stanowiskach odprawy PLL LOT jest juz spora kolejka pasazerow odprawiajacych bagaz rejestrowany, z racji posiadania karty Frequent Traveller podchodze do odprawy dla pasazerow klasy biznes, nadaje moja mala walizeczke na rejs krajowy do Wroclawia i odbieram karte pokladowa w papierowej wersji, za zadowoloniem stwierdzam, ze nieco zmienila sie ich forma (pojawil sie grubszy granatowy pasek oddzielajacy odcinek dla pasazera od czesci zabieranej przez agentow handlingowych – teraz to juz w wiekszosci przypadkow niemal prehistoria, ale kiedy byl to szeroko stosowany zabieg podczas boardingu). Po sytym sniadaniu w saloniku Polonez docieram do bramki 42, gdzie za kilka minut rozpoczyna sie boarding rejsu LO 3851 do Wroclawia. Po podlozeniu karty pokladowej pod czytnik bramka piszczy i wyswietla sie komunikat SEATING ISSUE. Pan z obslugi informuje mnie, ze z uwagi na konfiguracje samolotu zmieniono mi wybrane przez mnie podczas odprawy online miejsce z 2A na 19A, czyli przedostatni rzad Dasha 8. Nie jest mi to na reke, ale podejrzewam, ze chodzilo o wywazenie samoloty, gdyz na oko tylko 1/3 z dostepnych miejsc jest zajeta. W samolotach Bombardier Q 400 zdecydowanie bardziej odczuwalne sa wszelkie turbulencje, poza tym jest w nich po prostu glosniej i bardziej ciasno, ale 40 minut lotu jestem w stanie spokojnie zniesc. O tej porze pas startowy nie jest juz zapchany, kapitanem Roman Karbolewski podaje krotkie informacje na temat lotu i mozemy startowac niemal bezposrednio w kierunku poludniowo-zachodnim. Chwile pozniej, po osiagniecu wysokosci przelotowej szefowa pokladu Pani Iwona Brzostowska razem z druga stewardessa rozpoczynaja standardowy serwis pokladowy: niesmiertelyn wafelek Prince Polo lub zelki Frugo oraz woda mineralna lub napoj Pepsi. Na trasie rejsu caly czas jest pochmurno, ale po wyladowaniu we Wroclawiu na niebie pojawiaja sie przejasnienia i widac promienie slonca. Po odebraniu bagazu z tasmy przechodze do ogolnodostepnej czesci wroclawskiego lotniska, gdzie oczekuje na rejs linii WizzAir do Lwowa, na lotnisku gromadzi sie juz ukrainska diaspora, ktora na Dolnym Slasku jest wyjatkowo liczna, wiec wegierski przewoznik niskokosztowy doskonale wstrzelil sie z nowa trasa. Po przejsciu kontroli bezspieczenstwa i paszportowej oczekuje na odlot samolotu, przy okazji obserwuje bardzo liczny oddzial amerykanskich zolnierzy, na ktorych czeka juz maszyna majaca przetransportowac ich w godzinach popoludniowych do Kuwejtu. Po boardingu dlugo stoimy na schodkach prowadzacych na plyte lotniska, w koncu zostajemy zaproszeni na poklad Airbusa A320 i zajmuje moje miejsce 23C. Akurat przede mna na swoich miejscach 23A i 23B usadowila sie juz para pasazerow, nie ma wiec przepychanek a i ja sprawnie umieszczam moja podreczna walizke (duzy bagaz podreczny) w schowku nad glowami i niemal co do minuty startujemy. Lot trwa prawie rowna godzine, mniej wiecej na wysokosci Rzeszowa kapitan informuje, ze za chwile zaczniemy schodzenie do ladowania i przed rozkladowym czasie ladujemy na lotnisku we Lwowie. 
Pogoda jest calkiem przyjemna, slonce moze nie swieci zbyt mocno, ale dzieki temu nie jest tak goraco.
Kontrola paszportowa przebiega bardzo sprawna, zero pytan ze strony strazy granicznej i juz po chwili jestem w hali przylotow lwowskiego lotniska, niemal nic sie nie zmienilo od ponad dwoch lat, kiedy to bylem tam po raz pierwszy. W hali na swoich bliskich oczekuje calkiem spora grupa osob, ja udaje sie od razu do torlejbusa numer 9, ktory teraz odjezdza sprzed nowego terminalu, kiedys trzeba bylo udac sie na petle w poblize starego nieczynnego juz terminala. Bilet do centrum kosztuje 3 hrywny, platnosci dokonuje sie u kierowcy pojadzu, otrzymany bilet papierowy nalezy natychmiast skasowac w przedpotopowym kasowniku na dziurki. Akurat trafilem na w miare nowoczesny pojazd, ale na innych trasach w miescie transport miejski uzywa ewidentnie bardzo starego zdelezowanego taboru, a tory tramwajowe w niektorych miejscach niemal wypadaja z nawierzchni. Dojazd pod gmach Uniwersytetu Lwowskiego zajmuje okolo 20 minut, po dotarciu na miejsce jestem zaskoczony, ze nie musze wyjmowac mapy, gdyz calkiem dobrze zapamietalem uklad ulic. Przemierzam Prospekt Swobody, mijam zatloczona restauracje McDonald’s i pobliski Pasaz Handlowy Opera, w sobotnie popoludnie na glownym bulwarze Lwowa sa cale rzesze spacerowiczow, a wsrod nich slychac licznie przybylych turystow z Polski. Przy pomniku Adama Mickewicza trwa sesja fotograficzna, mijam znajdujacy sie po drugiej stronie Hotel George, w ktorym zatrzymalem sie ostatnio, teraz zbyt pozno zabralem sie za szukanie noclegu. Pozostalo mi jeszcze przedostanie sie przez Rynek Halicki i po jescze ok. 10 minutach spaceru bylem w moim hotelu Eurohotel, ktory moge z czystym sercem polecic, do gustu przypadla mi zwlaszcza przeszklona restauracja z widokiem na miasto. Po rozpakowaniu sie i odswiezeniu bagazu ruszam na Stare Miasto, gdzie testuje lokalne kawiarnie i restauracje. Przy ultraniskim poziomie cen na Ukrainie moge poczuc sie niczym krol; na poczatek zamawiam obiad w Puzatej Chacie a pozniej jako entuzjasta lokali kawiarnianych z przyjemnoscia spedzam w nich niemal cale popoludnie, a czas umialm sobie lektura polskie prasy. Po takiej uczcie Lukullusa czas ruszyc w droge, wczesnym wieczorem udaje sie na zakupy do supermarketu Silpo w centrum handlowym Forum Lviv – w koszyku laduja ukrainskie chalwy oraz czekolady Roshen czy jogurty Danone Activia o smakach innych niz w Polsce – od niedawna dostepna jest seria pitnych jogutow z warzywami, bardzo polecam smak selera. W drodze powrotnej wstepuje jeszcze po latte na wynos do McCafe i ciemna noca wracam do hotelu. Kolejny dzien po bardzo sytym sniadaniu w hotelowej restauracji mija mi na spacerach po miescie, jako entuzjasta transportu szynowego kieruje sie na dworzec kolejowy, ostatnim razem nie mialem okazji go zobaczyc, wiec teraz nadrabiam zaleglosci, budynek przypomina inne gmachy tego typu w krajach bloku wschodniego. Zaskoczyla mnie elegancka i bardzo obszerna poczekalnia dla pasazerow, w Polsce tego typu obiekty po czasach transformacji i odnowie przed Euro 2012 zwykle stracily swoja pierwotna funkcje, tutaj jednak maja sie dobrze. Na rozkladzie pisanym cyrylica jestem w stanie zidentyfikowac polaczenia do Polski (Krakow, Przemysl, Warszawa). Wieczor spedzam zas dla odmiany we Lwowskiej Operze, gdzie ogladam arie Nabucco Giuseppe Verdiego. Wprawdzie przy warszawskim Teatrze Wielkim glowna sala opery nie robi na mnie takiego wrazenia, ale nie moge sie do czego przyczepic, inny styl, inne materialy.
Na koniec wyjazdu pogoda postanowila sprawic psikusa i sie popsula, nie udalo mi sie zatem jeszcze raz pospacerowac czy usiasc w kawiarnianym ogrodku, ale musialem salwowac sie ucieczka na lotnisko, gdzie uroczo spedzilem czas w oczekiwaniu na LOT-owski samolot. Co ciekawe, to wlasnie linia PLL LOT wykonuje najwiecej polaczen z tego lotniska, 3 polaczenia hubowe z Warszawa oraz od niedawna nocne rejsy bezposrednie do Poznania i Bydgoszczy. Polaczenia te zostaly z pewnoscia wprowadzone z mysla o imigrantach zza Buga, stawki tych polaczen sa nizsze niz rejs do WAW a przy okazji nocna pora samolot na siebie zarabia zamiast zostawac na nocowaniu w POZ i LWO. Samolot jest bardzo dobrze wypelniony, cala operajca trwa godzine, tym razem na rejsie miedzynarodowym oprocz wafelka mozemy dostac takze cieply napoj. Kapitan Konrad Krychowski bardzo sprawnie prowadzi Dasha ciemna noca i ponad 40 minut przed czasem ladujemy na pustej plycie bydgoskiego lotniska. Dobranoc!

Good bye, Air Berlin / 08.09.2017

W piatkowe popoludnie stawiam sie po dluzszej przerwie (ostatni raz lecialem krajowkami w lipcu) na Lotnisku Chopina, skad tego wieczora mam odleciec do Berlina. Bilet na rejs linia Air Berlin udalo mi sie nabyc za mile zebrane w programie Avios linii British Airways, to ostatni dzwonek na bezposrednie polaczenie miedzy Warszawa a Berlinem, gdyz ten niemiecki przewoznik w sierpniu oglosil bankructwo i niebawem zakonczy swoja dzialalnosc. Na razie nie znane sa jeszcze jego dalsze losy, wiadomo jedynie, ze pojawili sie chetni gracze na rynku, ktorzy maja na celu odkupienie czesci linii i zagospodarowanie floty. Dla mnie ten rejs to pozegnanie z Air Berlin, sama linie bede dosc cieplo wspominal, chociaz moje pierwsze spotkanie z nimi przed laty podczas rejsu TXL-IBZ zakonczylo sie ich wpadka w postaci zagubionego bagazu rejestrowanego, a moja walizke odebralem dopiero 3 dni po ladowaniu na Ibizie. Pozniej mialem z nimi dluzszy przelot na trasie MIA-TXL, rejsy WAW-TXL-WAW i krajowke CGN-TXL w zeszloroczne wakacje.Zapadla mi w pamiec czekoladki w ksztalcie serduszek, ktorymi zaloga czestowala przy wysiadaniu z samolotu. Tym razem, zapewne ze wzgledu na sytuacje finansowa linia nie mogla sobie pozwolic na zaden poczestunek. Rejs do Berlina operowany jest w dalszym ciagu samolotem turbosmiglowym Bombardier Dash Q 400. Ze wszystkich maszyn, ktorymi mialem okazje leciec, to wlasnie tych samolotach odczuwam najwiekszy dyskomfort – sa one ciasne, glosne i podatne na wszelkie ruchy mas powietrza. Ze wzgledu na swoje uwarunkowania ich wysokosc przelotowa jest tez znacznie mniejsza, co oznacza, ze czesto w przypadku zachmurzenia samolot niemal caly czas leci w chmurach. L Tym razem lecielismy do Berlina rejsem wieczornym, wiec juz podzas startu bylo ciemno, ale moglem przez chwile obejrzec Warszawa z lotu ptaka noca. Sam rejs nie wyroznia sie niczym szczegolnym i zgodnie z planem trwa ok. 1 h 40 minut, kiedy to przyziemiamy na lotnisku Tegel. Good bye, Air Berlin! It's party time now :)

Gwiazda Dawida / 19.06.2017

Czas na dosc niestandardowa podroz a mianowicie na jednodniowke w Tel Avivie na trasie LUZ-TLV-WRO dzieki uprzejmosci PLL LOT, ktory wprowadzil do systemu rezerwacyjnego nowe bezposrednie polaczenia do Izraela z lotnisk regionalnych w bardzo atrakcyjnych cenach. Przez kilka dni mozna bylo kupic bilety na pierwsze polaczenia w oficjalnej cenie 129 zl (w dwie strony), u licznych posrednikow cena byla jeszcze nizsza, w pewnym momence mozna bylo ustrzelic bilety za 25-45 PLN! Wprawdzie Tel Aviv mialem juz zabukowane na marzec 2018, ale stwierdzilem, ze jednodniowka w tym pieknym miescie dobrze mi zrobi.
Przy okazji tej podrozy w poniedzialkowy poranek po raz pierwszy odwiedzilem lotnisko w Lublinie. Z racji inauguracyjnego rejsu PLL LOT do Tel Avivu zorganizowano poczestunek z lokalnymi bliskowschodnimi przekaskami (humms, halva, baklava) i zimnymi oraz goracymi napojami, w stanowiskach odprawy bardzo sympatyczna obsluga. Zwracam jedynie uwage kwestie bagazu rejestrowanego nadawanego przy jednodniowych wypadach do Tel Avivu: jesli  nadajecie bagaz (ja dla wygody odprawilem swoja kabinowke) system automatycznie nadaje walizke do miejsca docelowego w Polsce (w moim przypadku WRO) via TLV. Wprawdzie walizka czekala na mnie na tasmie w Tel Avivie, ale przy powrocie agentka handlingowa na lotnisku Ben Guriona byla mocno zszokowana, ze bagaz juz zostal nadany do Wroclawia ;)
Sam rejs bardzo spokojny, trwal ok. 3,5 h, pogoda na trasie bardzo dobra, po raz pierwszy mialem okazje zobaczyc np. Cypr za dnia. W Tel Avivie bylem 5 lat temu, ale wtedy korzystalem z nocnych lotow PLL LOT z Warszawy, ktore przewoznik nadal ma w swojej ofercie. Zaskoczylo mnie, ze na pokladzie oprocz wody i Prince Polo byla takze darmowa kawa i herbata a zaloga rozdawala poduszki i kocyki.
Po wyladowaniu kolejka do kontroli paszportowej byla dosc pokazna, otwarte byly tylko 2 lub 3 stanowiska dla posiadaczy obcych paszportow, ale obsluga lotniska szybko zareagowala na zaistniala sytuacje i po chwili bylo dostepnych juz wiecej stanowisk dla „foreign passports”. Tym razem mialem przyjemnosc leciec na wypad ze znajomym, ktory to jako pierwszy podszedl do pana w okienku (tuz przed nami byla zmiana warty i mloda kobiete zastapil wspomniany pan w srednim wieku). Ten oczywiscie bardzo sie zdziwil, ze przylecielismy tylko na jeden dzien, cos skonsultowal z kolezanka obok (ktora tez miala przy sobie panow z jednodniowki), poprosil o okazanie rezerwacji na rejs powrotny i juz po chwili nadeszla moja kolej. Mnie spytal tylko, czy jestesmy razem i czym sie zajmuje i od razu wydrukowal niebieska karteczke „entry permit”. Walizka juz czekala na tasmociagu, calosc zajela ok. 30 minut, nieco ponad kwadrans czekalismy na pociag do miasta (bilet 13.50 NIS kupowany w automacie), do polozonej w centrum stacji Savidor jedzie sie ok. 20 minut. Tam w informacji dostalismy plan miasta, odpowiednio sie przepakowalem i zostawilem kabinowke w automatycznym schowku bagazowym. Po wyjsciu z dworca wyszlismy na przystanek i zlapalismy autobus 61 jadacy w kierunku plazy, cena biletu u kierowcy to 5,80 NIS. Dla mnie to byla druga wizyta w Tel Avivie, ograniczylismy sie zatem tylko do plazy Hilton Beach i promenady, oczywiscie mozna bylo zrobic znacznie wiecej, ale tym razem postawilismy na relaks, poza tym w marcu wracam do Izraela na caly weekend. Pogoda dopisala, widoki takze ;)

Pociagi na lotnisko TLV z dworca Savidor sa odpowiednio oznaczone (jest widoczny symbol samolotu na wyswietlaczu) i odjedzaja co pol godziny (17:01, 17:31 itd.). W droge powrotna dotarlismy na lotnisko Ben Guriona na ok. 3,5 h przed odlotem do Wroclawia, na tablicy widac bylo, ze bedzie mial juz godzine opoznienia (finalnie byly 2 h), przebralismy sie, skorzystalismy z automatow lotniskowych (napoje i przekaski) i rozmawiajac spostrzeglismy, ze juz jest kolejka do stanowisk odprawy PLL LOT (poziom 3) – jakos bokiem weszlismy do niej i czekalismy, az pojawi sie ktos z obslugi. Bylem zdziwiony, ze jeszcze nikt z obslugi lotniska nie przeprowadza slynnego wywiadu i nie rozpytuje o nasz jakze krotki pobyt. Przed nami w kolejce stali w wiekszosci Ukraincy ze sporym bagazem, dopiero kiedy spojrzalem na ich walizki i zobaczylem dodatkowe kody kreskowe zaczelo mi switac, ze oni juz musieli przejsc interview. Odwrocilismy sie i wszystko stalo sie jasne – my weszlismy do kolejki niejako bokiem, a przesluchanie odbywalo sie przed bramkami na wysokosci stanowisk PLL LOT. Kolega poprosil pracownika lotniska o pomoc i udalo sie nam zostac przesluchanym bez kolejki. Oczywiscie pytania „one by one”, najpierw o pytanie co nas laczy („Sorry for personal questions but are you a couple?”), potem o dlugosc pobytu w TLV, tutaj spore zdziwienie, wiec wytlumaczylem, ze byla promocja, potem szybkie kartkowanie paszportu, pytanie o pieczatki z DOH i IST – latwo bylo wytlumaczyc, bo bylem tam na stopoverze po 1 dzien. Jeszcze pytanie o to, kto pakowal walizke i to by bylo na tyle (w porownaniu do wywiadu sprzed 5 lat poszlo bardzo sprawnie) – oczywiscie biala naklejka i cyfra 5 z przodu. W miedzyczasie pojawil sie personel lotniska i odprawa juz sie rozpoczela, udalismy sie do stanowiska Business Class (mozna znow wykorzystac przywilej FTL) a potem dalej do ”szczegolowej” kontroli bezpieczenstwa. Praktycznie nikogo w niej nie bylo, mysle, ze zajelo nam to okolo 10 minut, ja mialem ze soba tylko maly plecak, wiec niewiele tego bylo, ale zainteresowaly ich klucze i monety, oproznilem portfel i skanowali monety raz jeszcze a nastepnie poddawali testowi na obecnosc materialow wybuchowych czy narkotykow. Szlo dosc powoli, bo dodatkowo trwala sesja treningowa, przyuczali nowy narybek. Na pewno nie byli niemili, taka maja prace, nam sie tym razem nie spieszylo, zwlaszcza ze maszyna do WRO byla finalnie spozniona dwie godziny. Potem juz tylko blyskawiczna odprawa paszportowa, dostaje sie kolejna karteczke (tym razem w kolorze rozowym), ktora potem otwiera sie bramke i w koncu mozna dotrzec do fontanny :) Wszystko zalezy jak widac od losu, nie ma reguly na to, ile nam zajmia wszystkie procedury, na pewno warto byc wczesniej. A sam Tel Aviv, polecam goraco!