Chinka Czikulinka z Szanghaju / 30.09.2017 - 04.10.2017

Kolejny wrzesniowy weekend i tak sie sklada, ze przede mna kolejna podroz; tym razem czeka mnie pierwsze spotkanie z chinska kultura. Panstwo Srodka od dawna mnie kusilo; wprawdzie zdecydowanie bardziej wolalbym zobaczyc chinska stolice, ale skoro Qatar Airways z racji noworocznej promocji zaproponowal rejsy na trasie Warszawa-Doha-Szanghaj za jedyne 1240 zl, to postanowilem skorzystac. Tak sie zlozylo, ze nieco pozniej pojawil sie blad taryfowy linii Finnair, dzieki ktoremu wybiore sie do Pekinu w lutym 2018 roku. Odliczanie rozpoczęte, a tymczasem w piatek ok. godz. 16:00 bezposrednio po pracy melduje sie na Lotnisku Chopina, grzecznie zajmuje miejsce na koncu kolejki do odprawy biletowo-bagazowej katarskiego przewoznika. Wprawdzie otwartych jest kilka stanowisk, ale pasazerowie sa obslugiwanie w zwolnionym tempie, gdyz w swoich obowiazkach wprawiaja sie nowi lotniskowi agenci i potrzebuja wiecej czasu. Po podejsciu do stanowiska (bardzo) mlody pan weryfikuj moja wize chinska a jego trenerka dodaje, ze spodziewala sie po mnie biletu dla zalogi (staff ticket), gdyz na szyi mam zalozona smyczke z logo i identyfikatorem przewoznika. To taka pamiatka z mojego okresu pracy we wroclawskim biurze Qatar Airways, teraz to tylko mgliste wspomnienie, na szczescie moge latac po swiecie na potwierdzonych biletach, a nie mocno ryzykownych niepotwierdzonych biletach typu stand by. Odbieram karty pokladowe na moje rejsy, po raz pierwszy bede startowal z Warszawy na pokladzie samolotu szerokokadlubowego, kiedy ostatnio w styczniu 2014 roku lecialem QR z Okecia trase DOH-WAW-DOH obslugiwal jeszcze maly Airbus A320, teraz zas to codzienne polaczenie wykonywane jest przez maszyne Airbus A330. Kolejka do kontroli bezpieczenstwa ciagnie sie niemilosiernie, potrzebuje ponad 20 minut, by sie przez nia przebic, potem jeszcze kontrola paszportowa, ale po drodze znajduje chwilke na skropienie sie zapachem Chanel Egoist. Po podejsciu do stanowisk strazy granicznej potwierdzam doniesienia prasowe: zostaly one rozbudowane i teraz jest ich wiecej, co umozliwia szybsze przedostanie sie pasazerow do strefy Non-Schengen. Ostatnimi czasy zwiekszyla sie liczba operowanych kierunkow poza UE, w zwiazku z czym nalezalo zadbac o odpowiednia przepustowosc lotniska w tym obszarze. Boarding rejsu opoznia sie okolo kwadrans, gdyz przy bramce obok wciaz sa wywolywani podrozni odlatujacy rejsem LO do Chicago. W koncu mozemy zajac miejsca na pokladzie, samolot jest nowszego typu, pod siedzeniami nie ma skrzynek obslugujacych system rozrywki, wiec mam calkiem sporo przestrzeni na nogi. Samolot wzbija sie tym razem odpowiednio dluzej, co wynika z jego rozmiarow i odpowiednio wiekszej masy startowej, w koncu odrywamy sie od pasa startowego i ruszamy w kierunku wschodnim, rejs do Kataru trwa nieco ponad piec godzin, tam mam nieco ponad 2 godziny na przesiadke i ruszam w dalszy dziewieciogodzinny rejs do Szanghaju. Start ma miejsce ok. 02:30 w nocy czasu lokalnego, okolo godzine po starcie serwowana jest obiadokolacja i chwile pozniej zaloga rozpoczyna usypianie kabiny, stewardessy prosza o zasloniecie okien, gdyz lecac na wschod niebawem do kabiny wpadna pierwsze promienie slonca. Skupiam sie na pokladowym systemie rozrywki, o ile znakomita wiekszosc filmowych hitow mam obejrzana, to siegam po sprawdzone przeboje muzyczne a po dawce drinkow udaje mi sie nieco zasnac. Niestety, aura nas Szanghajem jest deszczowa, ladujemy w chmurach i dopiero tuz nad lotniskiem Pudong widac ziemie. 

Po wyjsciu z samolotu udaje sie do kontroli paszportowej, niestety na pokladzie nie rozdawano kart migracyjnych, w zwiazku z czym trace nieco czasu na wypelnienie zoltych formularzy (podstawowe dane osobowe oraz miejsce zatrzymania sie w Chinach), ktore znajdziemy na poleczkach umieszczonych przed stanowiskami strazy granicznej. O podobnym czasie laduje samolot Turkish Airlines ze Stambulu, przez co kolejka sie wydluza, ale za to juz po kontroli moge odebrac moj bagaz z tasmy i nie musze na niego czekac, jak to czesto bywa na innych lotniskach. Do mojego hotelu zlokalizowanego w samym centrum Szanghaju w poblizu Ulicy Nankinskiej docieram metrem, w punkcie obslugi klienta nabywam bilet (w formie papierowej karty, ktora przy wejsciu i wyjsciu ze stacji przyklada sie do czytnika) na 72 h na komunikacje miejska (koszt 45 CNY) i po okolo godzinie jazdy linia numer 2 wysiadam na stacji People’s Square. Po drodze na jednej z poczatkowych stacji podziemnej kolejki trzeba sie przesiasc ze skladu 4-wagonowego do 8-wagonowego odjezdzajacego z tego samego peronu po przeciwnej stronie. Warto dodac, ze przy wejsciu na stacje przeswietlane sa nasze bagaze, a podczas przemieszczania sie po miescie nalezy miec odpowiedni zapas czasu, gdyz przesiadki w obrebie stacji przesiadkowych sa dosc czasochlonne ze wzgledu na dystans, ktory trzeba pokonac w podziemnych korytarzach, lecz same polaczenia transferowe sa bardzo dobrze oznaczone.

Moj pobyt w Szanghaju bede bardzo dobrze wspominac, chociaz efektu wow tym razem nie bylo. Mysle, ze im wiecej podrozuje, tym mniej rzeczy jest mnie w stanie zaskoczyc, ale nie znaczy to, ze zamierzac skonczyc z lataniem, jakas tajemnicza sila wciaz pcha mnie w swiat. Szanghaj to prawdziwa metropolia, ktora liczy okolo 20 milionow mieszkancow, urzekly mnie te dzikie przewalajace sie tlumy, a najbardziej obraz policjantow i zolnierzy, ktorzy musieli kierowac ruchem pieszam w scislym centrum. W godzinach popoludniowych zamykano nawet jedna z glownych stacji metra, gdyz natlok pasazerow byl tak duzy, ze zagrazal bezpieczenstwu podroznych. Radze przygotowac sie zatem na wizyte w miescie-molochu, ktore ma jednak swoja jasniejsze oblicze. Polecam wizyte na Starym Miescie, spacer po Zygzakowatym Moscie i ogrodach Yuyuan. Parkow w Szanghaju jest pod dostatkiem, mimo faktu, ze w dzielnicy Pudong mieszca sie liczne drapacze chmur, jak slynna Perla Orientu czy tez drugi najwyzszy budynek na swiecie Shaghai Tower. Warto przyjsc na nabrzeze Bund wieczorem, by napawac sie panorama drugiego brzegu, gdzie na drapaczach chmur codziennie do godziny 23:00 mozna podziwiac piekne kolorowe swiatla i wizualizacje. W Szanghaju bezposrednio przy stacji metra Shanghai Science and Technology Museum znajduje sie slynny bazar w stylu „fake market”, na ktorym mozna okazyjnie kupic znane swiatowe marki w bardzo okazyjnych cenach, oczywiscie nie sa to oryginalne produkty, a jedynie podroby, chociaz naprawde niektore towary wygladaja ludzaco podobnie, jak to na AliExpress, z ta roznica, ze tutaj na bazarze trzeba sie mocno targowac. Jesli zas chodzi o zakupy spozywcze to zdecydowanie polecam wypad do centrum handlowego przy stacji metra Zhongshan Park, gdzie znajdziemy francuski hipermarket Carrefour, a na polkach takie specjaly jak imbirowa Coca Cola, chipsy Lays o smaku limonki, najrozmaitsze napoje sojowe czy ksiezycowe ciastka z niespodzianka, a co wazne to te smakolyki sa bardzo przystepne cenowo. W Szanghaju pomiedzy blokami znajdziemy takze buddyjskie swiatynie, przypadkowo naprzeciwko swiatyni Jing'an natknalem sie na lokal Dunkin’ Donuts, w ktorym mozna skosztowac paczka z nadzieniem matcha. Mnie bardzo przypadla do gustu Świątynia Nefrytowego Buddy, gdzie w poszczegolnych komnatach mozna podziwiac rozne wcielenia Buddy a na dziedzincu wierni okadzaja sie za pomoca patyczkow. Szanghaj to niby Azja, ale bardzo mocno nawiazujaca do kultury zachodniej, na kazdym kroku spotkac mozna lokale sieci McDonald’s czy Starbucks Coffee, w McD polecam zestaw sniadaniowe, gdzie zupke z buleczka lub kawe z mala kanapka mozna dostac juz za 6 CNY, zas mala kawa (praktycznie kazdego rodzaju) kosztuje w Starbucks okolo 35 CNY. Mnie przypadly do gustu takze lokalne knajpki, gdzie mogle sprobowac pysznych pierozkow w ksztalcie sakiewek, kulek z czerwona fasola czy ziolowej galaretki. 
Poza tym polecam serdecznie japonskie sklepi Unisono, ktore wedlug mnie sa lokalnym odpowiednikiem dunskiej sieci sklepow Tiger, zatem znajdziemy tam mydlo i powidlo, mnie udalo sie wypatrzec plocienna torbe z Rozowa Pantera, pojduszke-zaglowek czy tez bananowy krem a za wiekszosc produktow zaplacimy grosze. A propos platnosci: radze nastawic sie na uzywanie gotowki, gdyz platnosc kartami wydanymi poza Chinami jest (poza hotelami czy niektorymi wiekszymi sklepami typu Nike, ale juz nie Carrefour) praktycznie niemozliwa, przyjmowane sa niemal wylacznie karty z logo UnionPay, ponadto powszechnie akceptowalne sa platnosci przy uzyciu mobilnych aplikacji ze smartfonow jak AliPay czy WePay, uzywane oczywiscie przez lokalsow. Jesli chodzi o komunikacje, to uprzedzam, ze o porozumiewaniu sie w jezyku angielskim mozna zapomniec, pozostaje nam uniwersalny body language, by dogadac sie z Chinkami-Czikulinkami. Powodzenia!:)                

Zlaty bazant, czyli Bratislava / 24.09.2017

Nadszedl kolejny weekend, czas nadrabiac zaleglosci za wakacyjna posuche, przede mna od dawna zaplanowana krotka wycieczka do Bratyslawy. Jak tylko WizzAir oglosil uruchomienie nowego polaczenia z Warszawy do slowackiej stolicy, postanowilem z niego skorzystac, gdyz wczesniej nie mialem okazji odwiedzic tego miasta, a kilkakrotnie przejezdzalem przez okolice. W sobotni wieczor punktualnie o godzinie 21:00 odjezdzam z Dworca Centralnego nocnym polaczeniem PKP IC „Chopin”, ktory laczy Warszawe z Praga, Wiedniem i Budapesztem, moja miejscowka znajduje sie w wagonie podazajacym do wegierskiej stolicy. Jazda w nocy trwa dosc dlugo, gdyz na stacjach Bohumin (czesc wagonow odjezdza do Pragi a czesc przybywa z Krakowa) i Breclav (czesc wagonow odjezdza do Wiednia a czesc przybywa z Berlina jako pociag EuroNight Metropol) pociag jest odpowiednio rozdzielany, co trwa dosc dlugo. Na szczescie wszyscy pasazerowie z mojego przedzialu wysiadaja na stacji w Katowicach i potem az do samej Bratyslawy podrozuje w bardzo komfortowych warunkach, przechodzac korytarzem mam wrazenie, ze znalazlem sie w pociagu widmo, oprocz konduktorow nie widac niemal zadnych ludzi w wagonie, ewidentnie wstrzelilem sie z data. Przed godzina 6 rano wysiadam na dworcu kolejowym w Bratyslawie – jest ciemno, zimno, sadzac po mokrej nawierzchni i licznych kaluzach wlasnie przestalo padac. Hala glowna robi na mnie bardzo posepne wrazenie, dworzec jest zapuszczony, przypomina prowincjonalna stacyjke, przy stanowiskach kasowych tloczy sie grupka podroznych, po katach leza bezdomni w otoczeniu swojego dobytku, jest zamknieta na glucho knajpa serwujaca kebab oraz sa automaty z napojami i przekaskami a takze kiosk z prasa i papierosami. Z uwagi na swoje polozenie na styku granic z Austria i Wegrami przez stacje przejezdzaja pociagi do Wiednia i Budapesztu, z racji zaslosci historyczno-politycznych Bratyslawa jest takze bardzo dobrze skomunikowana z Praga. Wobec tak licznego ruchu pasazerskiego az dziw bierze, ze stacja kolejowa niemal straszy i wyglada jak z poprzedniej epoki. Mimo niesprzyjajacej aury ruszam w droge do srodmiescia, marzy mi sie sniadanie w kawiarni, ale po dojsciu do bardzej reprezentacyjnej czesci miasta nic takiego nie rzuca mi sie w oczy. Na placyku spotykam kilku podchmielonych gosci wracajacych z imprezy, Bratyslawa spi jeszcze kamiennym snem, wszystkie lokale sa zamkniete (wlaczajac w to restauracje McDonald’s, co jest dla mnie sporym szokiem), co jakis czas spotykam jedynie spacerowiczow z psami.
Kieruje sie do brzegu Dunaju, w centrum w wielu miejscach umieszczone sa mapki miasta wraz z ciekawymi wskazowkami dla turystow, nie sposob sie tutaj zgubic. Korzystajac z jednego z takich punktow informacyjnych trafiam na niebieski kosciolek sw. Elzbiety, ktory na tle szarej zabudowy dokola prezentuje sie wyjatkowo zgrabnie. Kilkaset metrow dalej staje przed ruchliwa trasa, po jej drugiej stronie wyroslo centrum handlowe Eurovea, ktore w dalszym ciagu jest rozbudowywane. Za nimi znajduja sie nowoczesne wiezowce o ostrych ksztaltach a w budowie jest takze kompleks wysokosciowcow w ksztalcie walcow zaprojektowany przez pracownie architektoniczna Zahy Hadid, dopiero z tego miejsca widac, ze Bratyslawa sie rozbudowuje. Trafiam takze na zawieszony nad Dunajem most laczacy oba brzegi rzeki, ktory przeznaczony jest jedynie do ruchu pieszego, rowerowego i tramwajowego, samochody nie maja na niego wjazdu. Po prawej stronie podziwiam skrywajacy sie w chmurach zamek oraz most w ksztalcie spodka UFO. Po wykonaniu kilku fotek schodze na dol i odkrywam, ze oprocz centrum handlowego miesci sie tam takze nowa elegancka siedziba teatru narodowego i opery. Marmurowa fasada bardzo mi sie podoba. Stary gmach opery zlokalizowany jest bowiem przy placu Hviezdoslavovo námestie. Mimo wczesnej pory (jest ok. 7:30 rano) okazuje sie, ze centrum handlowe jest juz otwarte, od 07:00 mozna zrobic zakupy w Billi i skwapliwie korzystam z tej mozliwosci, a w koszyku laduje czekolada Studentska z orzeszkami ziemnymi, galaretką i rodzynkami oraz jogurt Activia o smaku kakao. Po wyjsciu z supermarketu moge juz przejsc do restauracji McDonald’s, gdzie oprocz kawy konsumuje takze swiezego bajgla wypelnionego po brzegi smacznym nadzieniem.
Czas na dalszy spacer, na starym miescie mijam ladne kolorowe odrestaurowane kamienice, liczne kosciolki czy inne instytucje (np. dom kata). Niby ma to wszystko swoj urok, ale przy szarej jesienne aurze jednak nie potrafie sie odpowiednio wczuc w taki malomiasteczkowy klimat, zdecydowanie preferuje miejskie dzungle. Mam jeszcze sporo czasu, wiec wspinam sie na wzgorze zamkowe, oprocz zamku (hrad) po przeciwnej stronie dzialki wznosi sie budynek slowackiej Rady Narodowej. Warto wejsc na gore nawet nie dla tych budynkow, ale dla widoku, z gory mozna podziwiac miasto i okolice, po drugiej stronie Dunaju rozposciera sie widok na potezne osiedle mieszkaniowe Petržalka. Po nacieszeniu sie widokami czas wracac do miasta. Tym razem wybieram kawiarnie polaczona z ksiegarnia Urban Space, zamawiam roibos latte i przy okiennej ladzie chlone atmosfere tego miesjca.  Po dluzszej chwili dekadencji kieruje sie do dworca kolejowego, skad autobusem linii 61 docieram na lotnisko. Bratyslawski port lotniczy im. Stefanika (zwlaszcza w porownaniu do podupadlego dworca kolejowego) prezentuje sie bardzo okazale, az zal, ze siatka kierunkow z niego operujaca jest tak mala i obejmuje niemal samych tanich przewoznikow. Na godzine 16:30 w niedziele przypada popoludniowy szczyt, gdyz niemal o tej samej porze przylatuja i startuja 3 samoloty (WizzAir do Skopje i Warszawy oraz Ryanair do Manchesteru). Kontrola bezpieczenstwa przebiega bardzo sprawnie, mam jeszcze duzo czasu do boardingu mojego rejsu WizzAir do WAW, a ze skonczylem juz czytac ksiazke, ktora wzialem w podroz, to w lotniskowej kawiarni delektuje sie espresso. Boarding rozpoczyna sie przed czasem, moja uwage zwraca fakt, ze bardzo skrupulatnie sprawdzane sa rozmiary bagazy podrecznych, w tej chwili czuje ulge, ze od konca pazdziernika wegierski przewoznik wycofa sie z podzialu na maly i duzy bagaz podreczny. Po wejsciu na poklad kapitan Tomasz Lewandowski wita pasazerow i podaje informacje o locie, rejs do Warszawy trwa okolo 1 godziny i planowo ladujemy na stolecznym Lotnisku Chopina. Halo Warszawa!           

Galicyjskie impresje / 16.09.2017 - 18.09.2017

W sobotni poranek melduje sie na ulubionym Lotnisku Chopina, przy stanowiskach odprawy PLL LOT jest juz spora kolejka pasazerow odprawiajacych bagaz rejestrowany, z racji posiadania karty Frequent Traveller podchodze do odprawy dla pasazerow klasy biznes, nadaje moja mala walizeczke na rejs krajowy do Wroclawia i odbieram karte pokladowa w papierowej wersji, za zadowoloniem stwierdzam, ze nieco zmienila sie ich forma (pojawil sie grubszy granatowy pasek oddzielajacy odcinek dla pasazera od czesci zabieranej przez agentow handlingowych – teraz to juz w wiekszosci przypadkow niemal prehistoria, ale kiedy byl to szeroko stosowany zabieg podczas boardingu). Po sytym sniadaniu w saloniku Polonez docieram do bramki 42, gdzie za kilka minut rozpoczyna sie boarding rejsu LO 3851 do Wroclawia. Po podlozeniu karty pokladowej pod czytnik bramka piszczy i wyswietla sie komunikat SEATING ISSUE. Pan z obslugi informuje mnie, ze z uwagi na konfiguracje samolotu zmieniono mi wybrane przez mnie podczas odprawy online miejsce z 2A na 19A, czyli przedostatni rzad Dasha 8. Nie jest mi to na reke, ale podejrzewam, ze chodzilo o wywazenie samoloty, gdyz na oko tylko 1/3 z dostepnych miejsc jest zajeta. W samolotach Bombardier Q 400 zdecydowanie bardziej odczuwalne sa wszelkie turbulencje, poza tym jest w nich po prostu glosniej i bardziej ciasno, ale 40 minut lotu jestem w stanie spokojnie zniesc. O tej porze pas startowy nie jest juz zapchany, kapitanem Roman Karbolewski podaje krotkie informacje na temat lotu i mozemy startowac niemal bezposrednio w kierunku poludniowo-zachodnim. Chwile pozniej, po osiagniecu wysokosci przelotowej szefowa pokladu Pani Iwona Brzostowska razem z druga stewardessa rozpoczynaja standardowy serwis pokladowy: niesmiertelyn wafelek Prince Polo lub zelki Frugo oraz woda mineralna lub napoj Pepsi. Na trasie rejsu caly czas jest pochmurno, ale po wyladowaniu we Wroclawiu na niebie pojawiaja sie przejasnienia i widac promienie slonca. Po odebraniu bagazu z tasmy przechodze do ogolnodostepnej czesci wroclawskiego lotniska, gdzie oczekuje na rejs linii WizzAir do Lwowa, na lotnisku gromadzi sie juz ukrainska diaspora, ktora na Dolnym Slasku jest wyjatkowo liczna, wiec wegierski przewoznik niskokosztowy doskonale wstrzelil sie z nowa trasa. Po przejsciu kontroli bezspieczenstwa i paszportowej oczekuje na odlot samolotu, przy okazji obserwuje bardzo liczny oddzial amerykanskich zolnierzy, na ktorych czeka juz maszyna majaca przetransportowac ich w godzinach popoludniowych do Kuwejtu. Po boardingu dlugo stoimy na schodkach prowadzacych na plyte lotniska, w koncu zostajemy zaproszeni na poklad Airbusa A320 i zajmuje moje miejsce 23C. Akurat przede mna na swoich miejscach 23A i 23B usadowila sie juz para pasazerow, nie ma wiec przepychanek a i ja sprawnie umieszczam moja podreczna walizke (duzy bagaz podreczny) w schowku nad glowami i niemal co do minuty startujemy. Lot trwa prawie rowna godzine, mniej wiecej na wysokosci Rzeszowa kapitan informuje, ze za chwile zaczniemy schodzenie do ladowania i przed rozkladowym czasie ladujemy na lotnisku we Lwowie. 
Pogoda jest calkiem przyjemna, slonce moze nie swieci zbyt mocno, ale dzieki temu nie jest tak goraco.
Kontrola paszportowa przebiega bardzo sprawna, zero pytan ze strony strazy granicznej i juz po chwili jestem w hali przylotow lwowskiego lotniska, niemal nic sie nie zmienilo od ponad dwoch lat, kiedy to bylem tam po raz pierwszy. W hali na swoich bliskich oczekuje calkiem spora grupa osob, ja udaje sie od razu do torlejbusa numer 9, ktory teraz odjezdza sprzed nowego terminalu, kiedys trzeba bylo udac sie na petle w poblize starego nieczynnego juz terminala. Bilet do centrum kosztuje 3 hrywny, platnosci dokonuje sie u kierowcy pojadzu, otrzymany bilet papierowy nalezy natychmiast skasowac w przedpotopowym kasowniku na dziurki. Akurat trafilem na w miare nowoczesny pojazd, ale na innych trasach w miescie transport miejski uzywa ewidentnie bardzo starego zdelezowanego taboru, a tory tramwajowe w niektorych miejscach niemal wypadaja z nawierzchni. Dojazd pod gmach Uniwersytetu Lwowskiego zajmuje okolo 20 minut, po dotarciu na miejsce jestem zaskoczony, ze nie musze wyjmowac mapy, gdyz calkiem dobrze zapamietalem uklad ulic. Przemierzam Prospekt Swobody, mijam zatloczona restauracje McDonald’s i pobliski Pasaz Handlowy Opera, w sobotnie popoludnie na glownym bulwarze Lwowa sa cale rzesze spacerowiczow, a wsrod nich slychac licznie przybylych turystow z Polski. Przy pomniku Adama Mickewicza trwa sesja fotograficzna, mijam znajdujacy sie po drugiej stronie Hotel George, w ktorym zatrzymalem sie ostatnio, teraz zbyt pozno zabralem sie za szukanie noclegu. Pozostalo mi jeszcze przedostanie sie przez Rynek Halicki i po jescze ok. 10 minutach spaceru bylem w moim hotelu Eurohotel, ktory moge z czystym sercem polecic, do gustu przypadla mi zwlaszcza przeszklona restauracja z widokiem na miasto. Po rozpakowaniu sie i odswiezeniu bagazu ruszam na Stare Miasto, gdzie testuje lokalne kawiarnie i restauracje. Przy ultraniskim poziomie cen na Ukrainie moge poczuc sie niczym krol; na poczatek zamawiam obiad w Puzatej Chacie a pozniej jako entuzjasta lokali kawiarnianych z przyjemnoscia spedzam w nich niemal cale popoludnie, a czas umialm sobie lektura polskie prasy. Po takiej uczcie Lukullusa czas ruszyc w droge, wczesnym wieczorem udaje sie na zakupy do supermarketu Silpo w centrum handlowym Forum Lviv – w koszyku laduja ukrainskie chalwy oraz czekolady Roshen czy jogurty Danone Activia o smakach innych niz w Polsce – od niedawna dostepna jest seria pitnych jogutow z warzywami, bardzo polecam smak selera. W drodze powrotnej wstepuje jeszcze po latte na wynos do McCafe i ciemna noca wracam do hotelu. Kolejny dzien po bardzo sytym sniadaniu w hotelowej restauracji mija mi na spacerach po miescie, jako entuzjasta transportu szynowego kieruje sie na dworzec kolejowy, ostatnim razem nie mialem okazji go zobaczyc, wiec teraz nadrabiam zaleglosci, budynek przypomina inne gmachy tego typu w krajach bloku wschodniego. Zaskoczyla mnie elegancka i bardzo obszerna poczekalnia dla pasazerow, w Polsce tego typu obiekty po czasach transformacji i odnowie przed Euro 2012 zwykle stracily swoja pierwotna funkcje, tutaj jednak maja sie dobrze. Na rozkladzie pisanym cyrylica jestem w stanie zidentyfikowac polaczenia do Polski (Krakow, Przemysl, Warszawa). Wieczor spedzam zas dla odmiany we Lwowskiej Operze, gdzie ogladam arie Nabucco Giuseppe Verdiego. Wprawdzie przy warszawskim Teatrze Wielkim glowna sala opery nie robi na mnie takiego wrazenia, ale nie moge sie do czego przyczepic, inny styl, inne materialy.
Na koniec wyjazdu pogoda postanowila sprawic psikusa i sie popsula, nie udalo mi sie zatem jeszcze raz pospacerowac czy usiasc w kawiarnianym ogrodku, ale musialem salwowac sie ucieczka na lotnisko, gdzie uroczo spedzilem czas w oczekiwaniu na LOT-owski samolot. Co ciekawe, to wlasnie linia PLL LOT wykonuje najwiecej polaczen z tego lotniska, 3 polaczenia hubowe z Warszawa oraz od niedawna nocne rejsy bezposrednie do Poznania i Bydgoszczy. Polaczenia te zostaly z pewnoscia wprowadzone z mysla o imigrantach zza Buga, stawki tych polaczen sa nizsze niz rejs do WAW a przy okazji nocna pora samolot na siebie zarabia zamiast zostawac na nocowaniu w POZ i LWO. Samolot jest bardzo dobrze wypelniony, cala operajca trwa godzine, tym razem na rejsie miedzynarodowym oprocz wafelka mozemy dostac takze cieply napoj. Kapitan Konrad Krychowski bardzo sprawnie prowadzi Dasha ciemna noca i ponad 40 minut przed czasem ladujemy na pustej plycie bydgoskiego lotniska. Dobranoc!

Good bye, Air Berlin / 08.09.2017

W piatkowe popoludnie stawiam sie po dluzszej przerwie (ostatni raz lecialem krajowkami w lipcu) na Lotnisku Chopina, skad tego wieczora mam odleciec do Berlina. Bilet na rejs linia Air Berlin udalo mi sie nabyc za mile zebrane w programie Avios linii British Airways, to ostatni dzwonek na bezposrednie polaczenie miedzy Warszawa a Berlinem, gdyz ten niemiecki przewoznik w sierpniu oglosil bankructwo i niebawem zakonczy swoja dzialalnosc. Na razie nie znane sa jeszcze jego dalsze losy, wiadomo jedynie, ze pojawili sie chetni gracze na rynku, ktorzy maja na celu odkupienie czesci linii i zagospodarowanie floty. Dla mnie ten rejs to pozegnanie z Air Berlin, sama linie bede dosc cieplo wspominal, chociaz moje pierwsze spotkanie z nimi przed laty podczas rejsu TXL-IBZ zakonczylo sie ich wpadka w postaci zagubionego bagazu rejestrowanego, a moja walizke odebralem dopiero 3 dni po ladowaniu na Ibizie. Pozniej mialem z nimi dluzszy przelot na trasie MIA-TXL, rejsy WAW-TXL-WAW i krajowke CGN-TXL w zeszloroczne wakacje.Zapadla mi w pamiec czekoladki w ksztalcie serduszek, ktorymi zaloga czestowala przy wysiadaniu z samolotu. Tym razem, zapewne ze wzgledu na sytuacje finansowa linia nie mogla sobie pozwolic na zaden poczestunek. Rejs do Berlina operowany jest w dalszym ciagu samolotem turbosmiglowym Bombardier Dash Q 400. Ze wszystkich maszyn, ktorymi mialem okazje leciec, to wlasnie tych samolotach odczuwam najwiekszy dyskomfort – sa one ciasne, glosne i podatne na wszelkie ruchy mas powietrza. Ze wzgledu na swoje uwarunkowania ich wysokosc przelotowa jest tez znacznie mniejsza, co oznacza, ze czesto w przypadku zachmurzenia samolot niemal caly czas leci w chmurach. L Tym razem lecielismy do Berlina rejsem wieczornym, wiec juz podzas startu bylo ciemno, ale moglem przez chwile obejrzec Warszawa z lotu ptaka noca. Sam rejs nie wyroznia sie niczym szczegolnym i zgodnie z planem trwa ok. 1 h 40 minut, kiedy to przyziemiamy na lotnisku Tegel. Good bye, Air Berlin! It's party time now :)

Gwiazda Dawida / 19.06.2017

Czas na dosc niestandardowa podroz a mianowicie na jednodniowke w Tel Avivie na trasie LUZ-TLV-WRO dzieki uprzejmosci PLL LOT, ktory wprowadzil do systemu rezerwacyjnego nowe bezposrednie polaczenia do Izraela z lotnisk regionalnych w bardzo atrakcyjnych cenach. Przez kilka dni mozna bylo kupic bilety na pierwsze polaczenia w oficjalnej cenie 129 zl (w dwie strony), u licznych posrednikow cena byla jeszcze nizsza, w pewnym momence mozna bylo ustrzelic bilety za 25-45 PLN! Wprawdzie Tel Aviv mialem juz zabukowane na marzec 2018, ale stwierdzilem, ze jednodniowka w tym pieknym miescie dobrze mi zrobi.
Przy okazji tej podrozy w poniedzialkowy poranek po raz pierwszy odwiedzilem lotnisko w Lublinie. Z racji inauguracyjnego rejsu PLL LOT do Tel Avivu zorganizowano poczestunek z lokalnymi bliskowschodnimi przekaskami (humms, halva, baklava) i zimnymi oraz goracymi napojami, w stanowiskach odprawy bardzo sympatyczna obsluga. Zwracam jedynie uwage kwestie bagazu rejestrowanego nadawanego przy jednodniowych wypadach do Tel Avivu: jesli  nadajecie bagaz (ja dla wygody odprawilem swoja kabinowke) system automatycznie nadaje walizke do miejsca docelowego w Polsce (w moim przypadku WRO) via TLV. Wprawdzie walizka czekala na mnie na tasmie w Tel Avivie, ale przy powrocie agentka handlingowa na lotnisku Ben Guriona byla mocno zszokowana, ze bagaz juz zostal nadany do Wroclawia ;)
Sam rejs bardzo spokojny, trwal ok. 3,5 h, pogoda na trasie bardzo dobra, po raz pierwszy mialem okazje zobaczyc np. Cypr za dnia. W Tel Avivie bylem 5 lat temu, ale wtedy korzystalem z nocnych lotow PLL LOT z Warszawy, ktore przewoznik nadal ma w swojej ofercie. Zaskoczylo mnie, ze na pokladzie oprocz wody i Prince Polo byla takze darmowa kawa i herbata a zaloga rozdawala poduszki i kocyki.
Po wyladowaniu kolejka do kontroli paszportowej byla dosc pokazna, otwarte byly tylko 2 lub 3 stanowiska dla posiadaczy obcych paszportow, ale obsluga lotniska szybko zareagowala na zaistniala sytuacje i po chwili bylo dostepnych juz wiecej stanowisk dla „foreign passports”. Tym razem mialem przyjemnosc leciec na wypad ze znajomym, ktory to jako pierwszy podszedl do pana w okienku (tuz przed nami byla zmiana warty i mloda kobiete zastapil wspomniany pan w srednim wieku). Ten oczywiscie bardzo sie zdziwil, ze przylecielismy tylko na jeden dzien, cos skonsultowal z kolezanka obok (ktora tez miala przy sobie panow z jednodniowki), poprosil o okazanie rezerwacji na rejs powrotny i juz po chwili nadeszla moja kolej. Mnie spytal tylko, czy jestesmy razem i czym sie zajmuje i od razu wydrukowal niebieska karteczke „entry permit”. Walizka juz czekala na tasmociagu, calosc zajela ok. 30 minut, nieco ponad kwadrans czekalismy na pociag do miasta (bilet 13.50 NIS kupowany w automacie), do polozonej w centrum stacji Savidor jedzie sie ok. 20 minut. Tam w informacji dostalismy plan miasta, odpowiednio sie przepakowalem i zostawilem kabinowke w automatycznym schowku bagazowym. Po wyjsciu z dworca wyszlismy na przystanek i zlapalismy autobus 61 jadacy w kierunku plazy, cena biletu u kierowcy to 5,80 NIS. Dla mnie to byla druga wizyta w Tel Avivie, ograniczylismy sie zatem tylko do plazy Hilton Beach i promenady, oczywiscie mozna bylo zrobic znacznie wiecej, ale tym razem postawilismy na relaks, poza tym w marcu wracam do Izraela na caly weekend. Pogoda dopisala, widoki takze ;)

Pociagi na lotnisko TLV z dworca Savidor sa odpowiednio oznaczone (jest widoczny symbol samolotu na wyswietlaczu) i odjedzaja co pol godziny (17:01, 17:31 itd.). W droge powrotna dotarlismy na lotnisko Ben Guriona na ok. 3,5 h przed odlotem do Wroclawia, na tablicy widac bylo, ze bedzie mial juz godzine opoznienia (finalnie byly 2 h), przebralismy sie, skorzystalismy z automatow lotniskowych (napoje i przekaski) i rozmawiajac spostrzeglismy, ze juz jest kolejka do stanowisk odprawy PLL LOT (poziom 3) – jakos bokiem weszlismy do niej i czekalismy, az pojawi sie ktos z obslugi. Bylem zdziwiony, ze jeszcze nikt z obslugi lotniska nie przeprowadza slynnego wywiadu i nie rozpytuje o nasz jakze krotki pobyt. Przed nami w kolejce stali w wiekszosci Ukraincy ze sporym bagazem, dopiero kiedy spojrzalem na ich walizki i zobaczylem dodatkowe kody kreskowe zaczelo mi switac, ze oni juz musieli przejsc interview. Odwrocilismy sie i wszystko stalo sie jasne – my weszlismy do kolejki niejako bokiem, a przesluchanie odbywalo sie przed bramkami na wysokosci stanowisk PLL LOT. Kolega poprosil pracownika lotniska o pomoc i udalo sie nam zostac przesluchanym bez kolejki. Oczywiscie pytania „one by one”, najpierw o pytanie co nas laczy („Sorry for personal questions but are you a couple?”), potem o dlugosc pobytu w TLV, tutaj spore zdziwienie, wiec wytlumaczylem, ze byla promocja, potem szybkie kartkowanie paszportu, pytanie o pieczatki z DOH i IST – latwo bylo wytlumaczyc, bo bylem tam na stopoverze po 1 dzien. Jeszcze pytanie o to, kto pakowal walizke i to by bylo na tyle (w porownaniu do wywiadu sprzed 5 lat poszlo bardzo sprawnie) – oczywiscie biala naklejka i cyfra 5 z przodu. W miedzyczasie pojawil sie personel lotniska i odprawa juz sie rozpoczela, udalismy sie do stanowiska Business Class (mozna znow wykorzystac przywilej FTL) a potem dalej do ”szczegolowej” kontroli bezpieczenstwa. Praktycznie nikogo w niej nie bylo, mysle, ze zajelo nam to okolo 10 minut, ja mialem ze soba tylko maly plecak, wiec niewiele tego bylo, ale zainteresowaly ich klucze i monety, oproznilem portfel i skanowali monety raz jeszcze a nastepnie poddawali testowi na obecnosc materialow wybuchowych czy narkotykow. Szlo dosc powoli, bo dodatkowo trwala sesja treningowa, przyuczali nowy narybek. Na pewno nie byli niemili, taka maja prace, nam sie tym razem nie spieszylo, zwlaszcza ze maszyna do WRO byla finalnie spozniona dwie godziny. Potem juz tylko blyskawiczna odprawa paszportowa, dostaje sie kolejna karteczke (tym razem w kolorze rozowym), ktora potem otwiera sie bramke i w koncu mozna dotrzec do fontanny :) Wszystko zalezy jak widac od losu, nie ma reguly na to, ile nam zajmia wszystkie procedury, na pewno warto byc wczesniej. A sam Tel Aviv, polecam goraco!

Sydney, czyli Kraina Oz / 25.04.2017 - 02.05.2017

Wyprawa do Australii byla moim marzeniem od dawien dawna. Pierwotnie zaplanowalem ja sobie w okolicy moich 30. urodzin i od dluzszego czasu wypatrywalem atrakcyjnych cenowo polaczen na Antypody. Swego czasu w regularnych promocjach linii Qatar Airways cena za przelot na trasie WAW-DOH-SYD & SYD-DOH-TXL wynosila ok. 2500 zl, co na tak dluga trase oraz standard podrozy w 5* linii lotniczej jawilo sie jako niesamowicie niska cena (a do tego krotkie przesiadki w stolicy Kataru). Niestety, przewoznik z Zatoki Perskiej nie raczyl w interesujacym mnie przedziale czasowym zaproponowac biletow w atrakcyjnej cenie, kiedy zatem w lipcu ubieglego roku pojawila sie na forum Fly4Free informacja o bledzie cenowym na rejsy do Australii liniami British Airways (wylot i powrot ze szwedzkich lotnisk Göteburg i Sztokholm Arlanda) nie zawahalem sie ani chwili i dokonalem zakupu biletow na trasie GOT-LHR-HKG-SYD & SYD-SIN-LHR-GOT za ok. 2100 zl, do Göteborga dostalem sie z Warszawy linia Lufthansa z przesiadka we Frankfurcie za ok. 500 zl.Linia British Airways mialem juz okazje testowac na locie transkontynentalnym LHR-LAS kilka lat temu – wtedy bylem pozytywnie zaskoczony serwisem, ale czas szybko leci, ekonomia sie zmienia i linie tradycyjne tna koszty. Obecnie wygladalo to dosc slabo, biorac pod uwage, ze BA to jedyny przewoznik laczacy bezposrednio (z miedzyladowaniem technicznym w Singapurze) Europe z Australia i na tak dlugiej trasie (rejs Boeingiem 777) „Kangaroo Route” spodziewalem sie czegos wiecej, a nie zaoferowano nawet opasek na oczy, skarpetek czy tez malych zestawow kosmetykow (tzw. „amenity kit”). 
Laduje na lotnisku w Sydney pod oslona nocy, dochodzi 6 rano, jest jeszcze ciemno, ale na szczescie jest cieplo. Kontrola paszportowa przebiega bardzo sprawnie, pozniej nieco musze poczekac przy tasmociagu na walizke i moge juz powitac Antypody. W hali przylotow kieruje sie Po tak dlugiej podrozy potrzebuje sie odwiezyc, na szczescie lotnisko SYD oferuje bezplatne prysznice w ogolnodostepnej czesci lotniska, trzba przedostac sie na poziom odlotow i podazac za piktogramami, ktore zaprowadza nas w okolice stanowiska A. Kabiny sa czyste, przestronne, swobodnie mozna sie zmiescic z wiekszym bagazem jak ma to miejsce w moim przypadku. Po porannej toalecie (o dziwo w zaden sposob nie odczuwam jet lagu) uzupelniam kalorie w McDonald’s na lotnisku (nalesnik i mrozona kawa), w saloniku prasowym WS Smith kupuje karte miejsca Opal i ruszam na przystanek autobusowy linii 400, ktorym docieram do najblizszej stacji kolejki o nazwie Mascot, gdzie przesiadam sie na pociag do stacji Circular Quay polozonej w centrum miasta. Nieopodal stacji odkrywam bardzo fajna kawiarnie z wielokulturowa obsluga i tak lubianym przeze mnie japonskim napojem matcha. Sprawnie docieram do hotelu Macleay Lodge, mimo wczesnej pory moj pokoj jest juz gotowy i po chwil odpoczynku ruszam na zwiedzanie Sydney.
Pierwsze kroki kieruje przez park i ogrod botaniczny do slynnego gmachu opery. Piekne slonce, zielona, gladko przystrzyzona trawa, spacerujace po niej ibisy czarnopiore, przede mna zatoka a w oddali juz polyskuja biale kontury Sydney Opera House. Z oddali gmach jest chyba jeszcze bardziej majestatyczny niz na licznych fotografiach. Na placu przed budynkiem o dziwo wcale nie ma dzikich tlumow, mozna w spokoju oddac sie kontemplacji, obserwowac ruch stateczkow w zatoce, las wiezowcow w miescie oraz most Sydney Harbour Bridge znajdujacy sie tuz naprzeciw opery. Wnetrze opery przypomina bardziej centrum wystawiennicze, wiekszosc sal jest wynajmowanych na konferencje. W sklepiku nieopodal zaopatruje sie w pamiatki i widokowki ze znaczkami i ruszam na przystan, skad promem w kilka minut przedostaje na druga strone zatoki, gdzie miesci sie Taronga ZOO. Bilet do ogrodu zoologicznego zarezerwowalem wczesniej online, gdyz takie rozwiazanie bylo tansze o 20 %. Licze na spotkanie z endemiczna fauna australijska, jednak wiekszosc zwierzakow tak charakterystycznych dla tego kontynentu nie widac w klatkach lub na wybiegach. Nie udaje mi sie zatem wypatrzec diabla tasmanskiego czy kangurow szarych, najbardziej podobaly mi sie kangury rude, wygrzewajace sie na swoich stanowiskach, w zagrodzie spacerowal tez sobie strus emu, a na drzewie eukaliptusowym spal sobie smacznie koala. Na koniec mojej wizyty w tym parku zalapalem sie na krotki wyklad na temat pajakow wystepujacych w Sydney i okolicy, z bliska mialem okazje obejrzec ptasznika australijskiego, a fuj!
Sobota uplynela mi na plazowaniu na Bondi Beach, dokladnie tak ja sobie wyobrazalem. Plaza moze nie jest specjalnie dluga, lecz w miare szeroka, ma piekny bialy piasek i jest bardzo dobrze zagospodarowana. W Australii rozpoczyna sie jesien, ale pogoda jest nadal bardzo ladna, swieci slonce i jest cieplo, az dziw, ze plaza sprawia wrazenie wyludnionej. Wiekszosc lokali czy hoteli zlokalizowanych w poblizu Bondi Beach jest poza sezonem nieczynna, bannery zapraszaja gosci za rok. Woda w oceanie ciepla niestety nie byla, ale amatorow windsurfingu akurat nie brakowalo ;)
Na niedziele zaplanowalem zwiedzanie parku Morisset, ktory jest oddalony o ponad 100 km od Sydney. Lokalny pociag dociera na stacje Morisset w 2 godziny (odjazd ze stacji centralnej), warto skorzystac z niedzielnej promocji, za dowolna ilosc przejazdow na karcie Opal tego dnia pobierana jest maksymalna oplata w wysokosci zaledwie 2.5 AUD! Moglem zatem za tak niska jak na Australie stawke pojechac w dwie strony i jeszcze tego samego dnia korzystac bez ograniczen z komunikacji miejskiej. Park Morisset wybralem nieprzypadkowo – na jego terenie w poblizu szpitala psychiatrycznego (sic!) spotkac mozna zyjace na wolnosci kangury szare, ktore zupelnie niesploszone pozwalaja sie glaskac i cykac sobie fotki. Po wyjsciu z malutkiej stacji kolejowej kierujemy sie na prawo (trzeba przejsc kladka przez tory) a nastepnie kilkanascie metrow asfaltowa droga przed siebie, po prawej stronie mijamy skromne australijskie domostwa, a po lewej stronie sa tory kolejowe. Po kilku minutach dotrzemy do rozstaju drog i zobaczymy takze tabliczke z nazwa szpitala, spacer droga przez las zajmuje z tego miejca szybkim tempem ok 40 minut. Momentami czulem sie dosc nieswojo, bo szedlem sam przez park i w promieniu kilkunasta metrow nie widzialem zywej duszy, jedynie co jakis czas przejezdzaly samochody lub karetki, co swiadczy o tym, ze idziemy w dobra strone. W koncu przede mna ukazuje sie polana, na ktorej wyleguja sie kangury, jest ich kilka sztuk, sa sporych rozmiarow i wszystkie przyjaznie nastawione, akurat podkarmia je hiszpanskojezyczna para. Ja z opakowania wyjmuje ciemne bezpestkowe winogrona, sympatyczne torbacze same podchodza i mozna je wtedy dowoli glaskac i fotografowac, co to za frajda! W drodze powrotnej na stacje kolejowa po raz kolejny sprawdza sie powiedzenie, ze swiat jest maly, gdyz na drodze spotykam Polakow.
Kolejny dzien to sniadanie o poranku w przytulnej francuskiej kawiarni douce France, spacer po okolicy i dojazd na lotnisko. Stanowiska odprawy British Airways sa otwarte na ponad 3 h przed odlotem, zostawiam moj bagaz i ruszam do kontroli bezpieczenstwa. Co ciekawe, kontrola paszportowa na wylocie odbywa sie niemal wylacznie przy stanowiskach automatycznych, niestety z Australii nie przywoze pieczatki wjazdowej ani wyjazdowej. W strefie air side w Joe & The Juice zamawiam ginger latte i czas do odlotu uplywa mi calkiem milo. Caly samolot do Londynu (via SIN) jest napakowany po brzegi, milo jest wiec rozprostowac nogi na zgrabnym lotnisku w Singapurze. Mietowa herbata w kawiarni PAUL nieco stawia mnie na nogi, ale juz po kilkunastu minutach trzeba wraca z powrotem na boarding do tej samej maszyny. Co ciekawe, wszystkie 4 rejsy na kangurzej trasie mialem okazje odbyc z 2 zalogami, ktore wymiennie pracowaly i wbilem sie w ich zmiany ;) Po prawie 24 h w przestworzach laduje na lotnisku Heathrow, co za dziwne uczucie znow byc w Europie...

Sardynki z Cagliari / 21.04.2017 - 22.04.2017

Jako fan weekendowych wypadow od jakiegos czasu polowalem na tanie bilety do Cagliari na Sardynii, rozklad rejsow linii Ryanair umozliwial polaczenie wylotu z Krakowa w soboty i powrot w niedziele do Warszawy Modlin. Nieco musialem poczekac na tanie bilety, udalo sie zgrac terminy w polowie kwietnia, kupowane ok. 1,5 miesiaca przed odlotem kosztowaly ok. 120 zl za rejs w jedna strone.

W sobote w poludnie docieram do mikroskopijnego lotniska w Modlinie, nadal za nim nie przepadam i uwazam, ze to po prostu wiekszy barak, ale Ryanair na Lotnisko Chopina powrotu nie planuje (oprocz krajowek). Sam rejs nie wyroznia sie niczym szczegolnym, ale chyba po raz pierwszy mam okazje leciec nowym samolotem Boeing 737-800. Po wyladowaniu na lotnisku w Cagliari (co za piekna pogoda!) kupuje bilet w automacie biletowym Trenitalii i przedzieram sie na stacje kolejowa zlokalizowana kilkaset metrow od terminala, droga do niej jest dobrze oznaczona. Mozna odniesc wrazenie, ze polozona w szczerym polu stacja jest opuszczona, przezywam niezly szok, kiedy na kilka minut przed wjazdem pociagu z glosnikow rozbrzmiewa zapowiedz. Tory nie posiadaja sieci trakcyjnej, wiec lokalny pociag ciagniety jest przez lokomotywe spalinowa, a sama jazda do stacji glownej trwa mniej niz kwadrans.
Pierwsze kroki z dworca kolejowego kieruje do znajdujacego sie na placyku McDonald’s – wyglada on bardzo niedbale, odnosze wrazenie, ze jest nieremontowany od wiekow, ale lokal wciaz funkcjonuje. W tym samym budynku znajduja sie takze kasy biletowe lokalnych przewoznikow i informacja oraz przechowalnia bagazu a talety sa zamykane na klucz dostepny u pracownikow McD, mam wrazenie, ze przenioslem sie do innej epoki ;) 

Po wloskiej kawce i croissancie oraz kokosowym shake’u czas dotrzec do mojego apartamentu. We Wloszech zwlaszcza w mniejszych miejscowosciach bardzo popularne sa mieszkania bed and breakfast, w takim tez zatrzymuje sie na jedna noc. Na przywitanie od sympatycznej Wloszki (nie mowiacej niemal wcale po angielsku) czeka na mnie ulubiona kawa Lavazza za ekspresu. Po krotkiej chwili odpoczynku ruszam w miuasto – waskie krete uliczki, kamienna nawierzchnia, okiennie, palemki w doniczkach na balkonach i prania suszace sie na sznurkach – takie oto wloskie klimaty. Dochodze do glownej ulicy handlowej i ruszam na lowy w sklepie firmowym Bialetti, gdzie udaje mi sie upolowac pomaranczowa kawiarke Fiametti. Pozniej przedzieram sie przez waskie uliczki ku czesci portowej, gdzie cumuja stateczki i lodki. Zachodzace slonce bardzo ladnie sie prezentuje, przy glownej ulicy – bulwarze biegnacym rownolegle do portu znajduje sie czesc restauracyjna, gdzie o tej porze przy licznych stolikach do kolacji zasiadaja Wlosi oraz liczni turysci. Zapada zmrok, w supermarkecie robie spore zakupy lokalnych smakolykow, obowiazkowa kawa Lavazza, brzoskwiniowe Bacardi, makarony Barilla i czekoladki Baci.

Nastepnego ranka ruszam na okolo godziny spacer do pobliskiej miejscowosci Poetto, gdzie znajduje sie nadmorska plaza. O tej porze roku plaza jest jeszcze zupelnie pusta i dosc zabrudzona, morze wyrzucilo na brzeg sporo mulu oraz wodorostow. O ile na plazy jest pusto, to w kawiarniach z widokiem na zatoke oraz skaly pojawiaja sie lokalni spacerowicze (joggin, pieski), zamawiam espresso i przy aromatycznej kawie wertuje ksiazke. Czas szybko plynie, wiec zbieram sie na autobus do centrum miasta. Biletow nie mozna kupic u kierowcy, kiosku ani widu ani slychu, wiec musialem dojechac na gape, na szczescie w niedzielny poranek nie trafilem na kontrolerow :)
Na odlot samolotu do Krakowa stawiam sie punktualnie na lotnisku, szybko przechodze przez kontrole bezpieczenstwa, mam jeszcze spory zapas czasu, przez okna obserwuje, codzieje sie na plycie lotniska w Cagliari, ruch tanich przewoznikow jest calkiem spory, ale zdecydowanie najwiekszy ruch generuja pasazerowie Alitalii, ktorzy przesiadaja sie w Rzymie lub Mediolanie. Rejs do Krakowa nie wyroznia sie niczym szczegolnym, samolot dosc szybko wzbija sie nad warstwe chmur i mniej wiecej do wysokosci Wegier/Austrii lecimy nad oblokami, na szczescie zadne turbulencje nie sa odczuwalne. ;) Krakow welcome to!